Wyprawa Pik Lenina 2009WYPRAWA PIK LENINA 2009

Jakiś czas temu w naszych głowach pojawił się pomysł zmierzenia się z górą, której wysokość przekracza 7000 m n.p.m. Wybraliśmy Pik Lenina, położony w górach Pamiru na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu.




1. PRZYGOTOWANIA

Było nas sześć osób: ja - Martyna (Lis), Sebastian (Gacek), Marcin (Kowalski vel Jaś), Maciek (Szycu, później MaRciek), Robert (Klusek) i Łukasz. Szukanie materiałów i informacji dotyczących Piku Lenina rozpoczęły się już zimą. Z powodu ograniczonego czasu urlopu zdecydowaliśmy się na lot samolotem do Kirgistanu. Wizy załatwialiśmy poprzez ambasadę Kirgizji w Berlinie już pod koniec marca (koszt wizy miesięcznej 60€ na osobę). Na początku kwietnia wykupiliśmy bilety lotnicze z Warszawy do Biszkeku z przesiadką w Istambule. W maju wykupiliśmy ubezpieczenie, niezbędne do załatwienia pozwolenia na działalność w strefie przygranicznej. Było to na szczęście jedyne wymagane pozwolenie (koszt 25€ na osobę). W czerwcu dokupiliśmy brakujący sprzęt i… pozostało tylko czekać do wyjazdu!

2. PODRÓŻ PRZEZ ISTAMBUŁ DO BISZKEKU.

3 lipca 2009r. o 13:40 udało nam się wreszcie wylecieć z Warszawy… Przesiadkę mieliśmy w Istambule, gdzie niestety było za mało czasu na wyjście poza lotnisko. Widok Morza Czarnego i tureckiego wybrzeża robił wspaniałe wrażenie. Około 4 nad ranem lokalnego czasu wylądowaliśmy na lotnisku Manas. Znaleźliśmy kierowcę, który chciał 25€ za osobę za przejazd z Biszkeku do Osh. Musiał poczekać z nami do 9 rano na otwarcie agencji "ITMC Tien-Shan", z której mieliśmy odebrać nasze pozwolenia. Po drodze cena za przewóz co prawda podskoczyła do 28€ za osobę, trudno.

3. BISZKEK

Niewiele zdążyliśmy zobaczyć w stolicy Kirgistanu – Biszkeku. Pojechaliśmy pod jakiś ryneczek, gdzie nastąpiła zmiana środka lokomocji i kierowcy. Zgodnie z umową poczekał z nami pod biurem agencji. O 9 rano zjawiła się znajoma mi z korespondencji mailowej pani Margarita, która wydała nam niezbędne pozwolenia. Mogliśmy wyruszyć na południe…

4. OSH

Podróż do miasta Osh zajęła ok. 12 godzin i choć bardzo nas zmęczyła – warto było się przejechać. Widoki z auta były niesamowite! Najpierw przejeżdżaliśmy przez góry Tien-Shan, gdzie w przydrożnych jurtach zakupiliśmy kumys. Jest to tradycyjny napój koczowniczych ludów centralnej Azji, oryginalnie wytwarzany z mleka klaczy, fermentowany następnie w naczyniu ze skóry. Zawiera ok. 1-3% alkoholu i jest to jedyny napój alkoholowy, który mogą spożywać muzułmanie, pozostając jednocześnie w zgodzie z prawami Koranu. Zdania co do tego napitku były bardzo podzielone – kumys smakował tylko mnie, Maćkowi i Kowalskiemu. Podobnie zresztą było z przysmakiem do piwa – kefirem w postaci twardych kulek, które odkryliśmy dopiero w Osh.

Gdzieś w górach zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnej restauracji. Co prawda w karcie były tylko dwa dania (zupa na mięsie i szaszłyki). Był to nasz pierwszy posiłek z Kirgizami. Podano nam lepioszki (takie ichniejsze chleby, płaskie i okrągłe) i zielony czaj (herbatę). Do lepioszek podają też sosy – zazwyczaj łagodny kefir z koperkiem i ostrzejszy paprykowy chyba. Kierowca nas na ten posiłek namówił, ale za siebie nie zapłacił. Na szczęście w Kirgistanie jedzenie nie jest drogie – za 7 osób zapłaciliśmy 620 som (ok. 46 zł, 1€=60 som). Po drodze mijaliśmy też piękne jezioro i jakiś zbiornik zaporowy z turkusową wodą. Wreszcie dotarliśmy do Kotliny Fergańskiej, mijając tysiące stoisk głównie z arbuzami i Kirgizów pędzących na osłach. O godzinie 22 dotarliśmy do Osh, drugiego pod względem wielkości miasta w Kirgistanie. Spytaliśmy naszego kierowcę, czy zna jakiś tani hotel w mieście i zawiózł nas do hostelu znajomych. Bardzo przyjemny hostel – pokoje dwuosobowe, łazienka w każdym z nich, ładny ogródek z fontanną i stolikami, oświetlony kolorowymi lampkami. Za pokój trzeba było zapłacić 25€. Jak na Osh i taki standard ponoć niezbyt drogo. Śniadanie następnego dnia mieliśmy wliczone w cenę – był omlet i chleb z żółtym serem, konfitura, świeże owoce i oczywiście zielony czaj. Gospodarz hostelu długo próbował nas namówić na transport pod Pik Lenina, ale chciał za to zawrotną sumę pieniędzy (chyba 100$ od osoby).

5 lipca. W związku z tym następnego dnia wyruszyliśmy na poszukiwanie innego transportu. Za kilka somów od osoby podjechaliśmy marszrutką pod największy bazar w mieście. Liczyliśmy, że spotkamy tam właściwych busiarzy czy taksówkarzy. Zrobiliśmy ostatnie zakupy (bakalie, makaron, kaszę, ryż, słodycze, tualietną bumagę koniecznie miękką i pomidory) no i oczywiście ja i Klusek byliśmy atrakcją na targu… My jak my, ale nasze włosy na pewno! Wszyscy się pytali, czy naturalne i oczywiście chcieli dotknąć. Jeden z taksówkarzy, pytany o transport pod Pik Lenina, zawiózł nas do agencji "Munduz-Tourist", o dziwo czynnej w niedzielę. Na szefa trzeba było poczekać godzinę, ale bardzo miło nas tam ugoszczono zielonym czajem. Szef o imieniu Yosiddinov okazał się bardzo miłym Kirgizem i po naradzie po angielsku i rosyjsku ustalił, że za transport dwoma Ładami Niwami na Polanę Łukową trzeba zapłacić 20000 som. Wytargowaliśmy 18000 som, czyli jakieś 50€ na osobę. Nie było to tanio, ale było już południe i chcieliśmy wyjechać z Osh koniecznie tego dnia. Potem okazało się, że lepszym rozwiązaniem byłoby iść na postój jeepów, który znaleźliśmy w przewodniku w tym biurze. Tam ponoć można załatwić transport taniej. Kierowca i Klusek pojechali po bagaże do hostelu. W tym czasie szef poczęstował nas arbuzami, kupił nam na drogę kilka lepioszek i dał flaszeczkę wódki! Gdy przyjechała druga Łada Niva okazało się, że jej kierowcą jest… nasz gospodarz z hostelu! Nieco się zmieszał, jak nas zobaczył, ale był ubaw. Ok. godziny 14 wyjechaliśmy z Osh w kierunku Piku Lenina.

5. PODRÓŻ W GÓRY PAMIRU

Ta podróż była równie piękna widokowo. Odcinek o wiele krótszy niż Biszkek-Osh, ale zajął prawie tyle samo czasu (na miejscu byliśmy przed północą). Jechaliśmy przez niezwykle urokliwe góry Ałaju. Góry suche, w wielu miejscach czerwone skały, niesamowite. Oczywiście po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek, tym razem w jurcie. Było śmiesznie, bo jedna z Ład ciągle pozostawała w tyle z powodu usterek, kilka razy zmieniali koło. Na jednym z postojów kierowca pakował tytoń do chłodnicy (taki patent na dziurawą chłodnicę). W Sary-Tasz zakupiliśmy benzynę do kuchenek i już w ciemności przemierzaliśmy Kotlinę Ałajską. Wtedy dla odmiany drugiej Ładzie trzeba było zmienić koło. Na Polaną Łukową dotarliśmy późną nocą i mieliśmy wrażenie, że w tym sezonie jeszcze tu nikogo nie ma. Stały wielkie namioty, ale nie było żywej duszy. Po długich namowach jeden z kierowców zgodził się podwieźć nasze bagaże i jedną osobę nieco dalej. Wiedzieliśmy, że Polana Łukowa jest bardzo długa i nie ma co wysiadać z auta na jej początku, tylko wjechać jak najdalej. Na miejscu Szycu znalazł kobietę, która zaproponowała nocleg w jurcie swojej agencji za jedyne 1€ od osoby. Oczywiście zgodziliśmy się, bo nikt nie miał ochoty rozbijać namiotów, tylko spać!

6. PIERWSZE WYJŚCIE W GÓRY

6 lipca. Rano okazało się, że świetnie trafiliśmy. "Nasza" agencja o nazwie "Fortune-Tour" (3641 m n.p.m.) znajdowała się najbliżej Piku Lenina i choć była dość skromna (zaledwie kilka jurt i namiotów), to przede wszystkim tania. Szefowa o imieniu Ainura okazała się bardzo przyjazną kobietą, z którą bez problemu można się było dogadać nie tylko po rosyjsku, ale i po angielsku. Zdecydowaliśmy się na pozostawienie depozytu w agencji. Kosztuje to tylko 0,5€ za sztukę za dobę, więc nie opłaca się marnować czas na kopanie dołów w okolicy. W agencji tej zakupiliśmy też kartusze gazu (co prawda 7€ za sztukę, ale można było oddać nie napoczęte kartusze po zejściu z gór i odzyskać za nie pieniądze). Polecamy usługi tej agencji (można u nich załatwić wszelkie wizy i pozwolenia). Strona internetowa agencji Fortune-Tour.

Okazało się jeszcze, że to zupełny początek sezonu pod Pikiem Lenina. Większość agencji jeszcze w ogóle nie działała i generalnie było niewielu turystów. Z tego, że nie ma jeszcze tłoku bardzo się ucieszyliśmy. Postanowiliśmy od razu wyruszyć w góry. Wiedzieliśmy, że wyniesienie jedzenia i paliwa nie uda się na raz i że możemy spędzić wiele dni powyżej obozu 1, więc trzeba się było na to przygotować. Pik Lenina słynie z długich okresów dobrej, ale także złej pogody. Postanowiliśmy stopniowo wynosić rzeczy do każdego z obozów, a przy okazji dobrze się aklimatyzować. Nasz plan ulegał ciągłym zmianom, ale generalnie był następujący: obóz 1 – baza - obóz 1 - obóz 2 - obóz 1 (a może wyjście w kierunku obozu 3 i zejście?). Później plan miał zależeć od stanu aklimatyzacji i kondycji każdego z nas. Jeszcze nie zdążyliśmy opuścić Polany Łukowej, a już spotkaliśmy Polaków, i to jakich! Okazało się, że to para młodych ludzi (Ola i Jurek), którzy postanowili objechać świat na motocyklach. Ich relacja z podróży znajduje się tutaj.

Wyruszyliśmy późno i byliśmy "nierozchodzeni", udało nam się zatem dojść tylko do Przełęczy Podróżników (ok. 4150 m n.p.m.). Tuż za przełęczą było znakomite miejsce na rozbicie namiotów, widok z niego wspaniały na Pik Lenina i jego groźny lodowiec. Później Kirgizi rozłożyli tam jurtę (=sklepik) i już nie było tak fajnie. Rankiem 7 lipca obudziliśmy się w przysypanych śniegiem namiotach, na szczęście słońce wyszło szybko. Wyruszyliśmy do obozu 1. Najpierw pokonaliśmy strome zejście czerwonymi piargami, a potem przez długi czas trawersowaliśmy te piargi. Niektóre momenty były dość zatrważające – stromy piarg czasem osypywał się z góry i uciekał spod nóg. A wizja zjazdu po nim wprost do rwącej rzeki lodowcowej jakoś wzmagała przerażenie (czy tylko ja miałam takie wrażenie?). Potem po pokonaniu miliona pagórów i pagóreczków wreszcie doszliśmy do pierwszej części obozu 1 na wysokości 4411 m n.p.m. Druga znajdowała się jakieś 20 minut dalej na wysokości 4431 m n.p.m. Szycu, Klusek i Łukasz dotarli tam wcześniej, rozbili namiot, zostawili swoje rzeczy i nam zaproponowali zostawienie w nim swoich. Oczywiście skorzystaliśmy i po niedługim czasie ruszyliśmy z powrotem do bazy. W drodze powrotnej ja jakoś niezwykle opadłam z sił i zdecydowanie spowalniałam Gacka i Kowalskiego. Akurat pojawili się dwaj Kirgizi na koniach, oczywiście proponowali i Gacek kazał mi wsiadać. Byłam bardzo ciekawa takiej przygody, ale jednocześnie przerażona. Podróż była niesamowita, ale w momentach, gdy koń przechodził przez te najbardziej strome piargi, oczy miałam zamknięte… W ten sposób dotarłam daleko za Przełącz Podróżników, co mnie słono kosztowało, ale przyśpieszyło powrót naszej trójki. Spotkaliśmy się wszyscy w bazie po niedługim czasie.

7. JAK ŻYJĄ LUDY PASTERSKIE ...

8 lipca. Tego dnia wypoczywaliśmy na Polanie Łukowej po wczorajszej wędrówce. Najgorsze, że z gór zeszli dwaj Rumuni i powiedzieli, że pomiędzy obozem 2 i 3 jest bardzo dużo śniegu i w "dwójce" są zaledwie 4 namioty. Ponoć wyżej są tylko dwaj Polacy (Łukasz i Krzysiek), dwoje Brazylijczyków i trzech Rosjan z rakietami śnieżnymi. Te wieści nas nieco zdołowały… Generalnie pogoda na Piku Lenina, według miejscowych, była co najmniej "nie jak w sezonie jeszcze".

9 lipca. Ten dzień również spędziliśmy w bazie na polanie. Rano była dyskusja w stylu "idziemy czy nie?", ale potem zaczęło padać, a po południu nastąpiło gradobicie. W naszej jurcie zrobiło się bardzo zimno i humory nam się popsuły zupełnie. Na szczęście poprawiły się, gdy wieczorem w swojej ciepłej jurcie ugościła nas szefowa Ainura. Postanowiliśmy zaczekać na dole kolejny dzień, nawet jeśli będzie ładna pogoda. Niech stopnieje chociaż trochę tego śniegu. Szefowa zaproponowała wizytę w domostwie swojego tragarza, skoro chcemy czekać i jednocześnie miło spędzić czas w okolicy. Rumuni postanowili iść z nami.

10 lipca. Jak na złość – piękna pogoda, ale my wybraliśmy się do osady tragarza. Szliśmy w dół Polany Łukowej jakieś pół godziny. Potem czekała nas przeprawa przez rzekę lodowcową na koniu. A za stromym zboczem doliny tej rzeki już była osada wesołego Kirgiza. Osada jest pięknie położona nad małym jeziorkiem, z widokiem na Pik Lenina. Z drugiej strony są większe jeziora i widok na Kotlinę Ałajską i "Ałaskij Chrebet". Osada ta istnieje tylko w okresie czerwiec-wrzesień, gdy jest praca z końmi w agencjach na Polanie Łukowej. Generalnie rodzina owego Kirgiza mieszka w Sary-Tasz. Na co dzień kobiety i starsze dzieci zajmują się hodowlą zwierząt i gotowaniem. A jakich zwierząt tam nie było… krowy, owce, konie, jaki (!!!), osły, kozy i psy jak szakale pilnujące gospodarstwa. No i mały rudy kot przywiązany sznurkiem do pieca w głównej chacie. Jedliśmy z nimi posiłki - lepioszki i nabiał (mleko, kajmak=masło, kefir), popijając zielonym czajem i kumysem. Na obiad podano ponadto ciabaty, czyli słodkie naleśniki. A na kolację kaszę gryczaną z cebulą, ziemniakami i kapustą, a sąsiad przyniósł nawet jakieś mięsko. Miła odmiana po jedzeniu "obozowym"! Poza tym przyglądaliśmy się wypiekowi lepioszek i udaliśmy się na wycieczkę do pobliskiej atrakcji przyrodniczej, tj. "łapy dinozaura" odciśniętej w skale. Spaliśmy w tej ciepłej chacie, w której się jadło. Oczywiście za nocleg, jedzenie i przeprawę koniem trzeba było zapłacić, ale opłacało się.

8. DRUGIE WYJŚCIE W GÓRY

11 lipca. Po powrocie z kirgiskiej osady wyruszyliśmy do obozu 1. Dotarli tam Szycu, Klusek i Łukasz, jako przodownicy wyprawy. Ja, Gacek i Kowalski znów nocowaliśmy na Przełęczy Podróżników. Pogoda była sprzyjająca. Jeszcze na polanie poznaliśmy i pożegnaliśmy zarazem Polaków Józka i Sebastiana.

12 lipca. Nasza trójka w dość dobrej pogodzie dotarła do obozu 1, gdzie cały dzień padało, co uniemożliwiało wyjście reszcie. Postanowiliśmy przenieść wszystkie rzeczy do drugiej części obozu 1 (4431 m n.p.m.). Z naszych namiotów Pik Lenina wydawał się być na wyciągnięcie ręki i doskonale widoczna była droga przez lodowiec do obozu 2. Tam poznaliśmy koleżankę Beatę z Krakowa.

13 lipca. Tego dnia przodownicy (Szycu, Klusek i Łukasz) doszli do obozu 2, a nasza trójka odpoczywała. W nocy było -4,6°C na zewnątrz i 1,5°C w namiocie, a w ciągu dnia odpowiednio 20,7 °C i 32,5°C.

14 lipca. Szycu i Łukasz wyszli na spacer powyżej obozu 2. Okazało się, że z powodu ogromu śniegu sukcesem jest dotarcie do obozu 3. Ja, Gacek i Kowalski niestety musieliśmy pozostać w obozie 1 ze względu na fatalną pogodę rano.

15 lipca. Dzień urodzin naszego Jasia (Kowalskiego), któremu wręczyliśmy o 3 w nocy symboliczny tort urodzinowy z salami i bakalii ze światełkiem chemicznym. Niech nam żyje! Tym razem o 2 w nocy było -11°C na zewnątrz namiotów i to oznaczało najprawdopodobniej wyż, na który tyle czekaliśmy. Faktycznie, niebo było bezchmurne i mogliśmy wyjść do obozu 2. Udało nam się przejść najbardziej stromy odcinek lodowca, zanim wyszło słońce i zaczęła się "Copacabana". W połowie drogi spotkaliśmy dwóch Polaków (Łukasza i Krzyśka), którzy tak dzielnie walczyli w górze od tylu dni. Powiedzieli, że udało im się dotrzeć tylko do obozu 3 na wysokości ok. 6100 m n.p.m. z powodu bardzo trudnych warunków. Chłopakom wpadł do szczeliny plecak, na szczęście niezbyt głęboko. W akcji ratowania dobytku brał udział Gacek! (został opuszczony na taśmie w otchłań szczeliny...) Relacja z wyprawy Łukasza i Krzyśka znajduje się tutaj (w ostatnim filmiku jest Gacek!).

Dotarliśmy po kilku godzinach do obozu 2 (5428 m n.p.m.). Nasi koledzy stwierdzili, że jutro schodzą, że trzeba odpocząć, co poradzili i nam. Widoki na szczyt z obozu 2 są piękne. Niestety przerywane były bardzo silnymi podmuchami wiatru, które dosłownie wginały namioty w ziemię.

16 lipca. Po porannej walce z upiornym wiatrem opuściliśmy obóz 2 i w pięknym słońcu zeszliśmy do obozu 1. Tam nasi koledzy polecili nam obiad za 5-7€ w agencji "Pamir Expeditions". Jak poszliśmy na obiad, tak wróciliśmy późną nocą. Kuchnia wyborna, bardzo miła obsługa (tu szefowa Maria z Taszkientu oraz szef bazy - Wania, mieszkający w Jekatierinburgu), a przy okazji poznaliśmy grupę Polaków z Poznania i okolic (m.in. Piotrek, Arek, Mały i Ziomal). Było wesoło!
17 lipca. Dzień odpoczywania w obozie 1.

9. TRZECIE WYJŚCIE W GÓRY (OSTATNIE)

18 lipca. Przyszedł czas na ostateczne rozegranie akcji. Udało się wszystkim wyjść po 5 rano i jak zwykle podzieliliśmy się na te same trójki. Na podejściu lodowcem z naszej trójki wycofał się Kowalski. Ja i Gacek postanowiliśmy iść dalej, bo szło nam się znakomicie, jak nigdy dotąd. Do obozu 2 doszliśmy w południe.

19 lipca. Tego dnia Łukasz i Klusek doszli do obozu 3 (6045 m n.p.m.), Szycu po wyjściu z obozu 2 zawrócił całkowicie i zszedł do obozu 1. Ja i Gacek doszliśmy tylko pod podejście na szczyt Razdzielnej, tj. na wysokość 5830 m n.p.m. Towarzyszyli nam znajomi z jurty Piotrek i Arek, którzy nocowali obok nas w opuszczonym przez pewnego Słoweńca namiocie. Znaleźli w nim sztukę mięsa (!) i zupki ze szparagów. To nam poprawiło humory!



20 lipca.

Jest to historyczna data, bowiem tego dnia nasi koledzy Łukasz i Robert vel Klusek zdobyli szczyt Piku Lenina (7134 m n.p.m.)!!!

GRATULACJE !!!


fot. Robert Rutko

Ja i Gacek pokonaliśmy strome podejście na szczyt Razdzielnej (6130 m n.p.m.) i rozbiliśmy obóz 3 koło kolegów na wysokości 6045 m n.p.m. Z tego miejsca droga na szczyt wydawała się niesamowicie długa, a podejście do obozu 4 strome. Zdobywcy szczytu relacjonowali, że w obozie 4 (ok. 6400 m n.p.m.) stoi tylko 1 namiot i wszyscy atakują szczyt z obozu 3. Mówili też, że na grani strasznie wieje i nie można się zatrzymywać, bo zaczyna się robić potwornie zimno pomimo, że niebo rano jest bezchmurne. Zauważyli, że od kilku dni ok. 15 pogoda się załamuje. Wyszli z obozu ok. 5 rano, a wrócili po 17. Jednym słowem – ciężko.

21 lipca. Dzień "ataku szczytowego" mojego (Lisa) i Gacka. 7 rano, niebo bezchmurne, ale już na dole przeraźliwie wieje. Wychodzimy oboje, ale po pół godzinie postanawiam zawrócić. Nie mam za wiele sił, by iść, za pewne z powodu sensacji żołądkowych w nocy i rano. Zbyt często się zatrzymuję, a na górze w takich przerwach zacznie być pewnie zdecydowanie zimniej. Gacek idzie dalej. Czuje się bardzo dobrze, do obozu 4 podchodzi w ciągu 2,5 godziny. Robi kilka zdjęć. Na grani zaczyna mu się robić bardzo zimno w palce stóp. Gdzieś między skałami rozgrzewa stopy i wkłada do buta ogrzewacz. Dochodzi do wysokości 6529 m n.p.m. i dalej już nie może iść, bo stopy są przemarznięte od spodu. Z obawy przed odmrożeniami wraca do namiotu około południa.

Resztę dnia zastanawiamy się, czy uderzyć na szczyt ponownie następnego dnia. Niedosyt.

Na szczyt udaje się dojść naszym kolegom Piotrkowi i Arkowi. GRATULACJE !!!

22 lipca. Pogoda jest kolejny dzień taka sama, ale nie zdecydowaliśmy się na drugi atak szczytowy. Zeszliśmy najpierw do obozu 2, potem do 1. W bazie spotkaliśmy koleżankę Beatę, której również udało się zdobyć szczyt – GRATULACJE !!!Przed snem Gacek odkrył, że najprawdopodobniej skręcił kostkę w nodze podczas schodzenia lodowcem i nie jest w stanie sam wrócić do bazy na Polanie Łukowej, zwłaszcza z ciężkim plecakiem. Postanowiliśmy po raz pierwszy w górach wezwać pomoc! Tymczasem Łukasz i Klusek doszli do Szyca i Kowalskiego w bazie na Polanie Łukowej i znaleźli transport do Osh, niestety tylko dla 4 osób.

10. SPECJALNY LOT DO OSH

24 lipca. Już o 8 rano tragarze zanieśli Gacka "na tronie" z liny (!) do miejsca przylotu helikoptera, który zjawił się dopiero po 11. Na szczęście ja, jako żona, mogłam polecieć razem z nim i zdecydowanie było to niezwykłe przeżycie! Lecieliśmy nad obozem 1 i nad Polaną Łukową, potem nad Kotliną Ałajską i górami Ałajskimi, aż dolecieliśmy do Osh. Upalnego Osh! Na lądowisku wojskowym czekała na nas marszrutka i pojechaliśmy prosto do szpitala. Po 40 minutach Gacek wyszedł z nogą w gipsie oraz zdjęciem RTG za 8 somów i skorupami w rękach. Na szczęście nie było to nic bardzo groźnego. Pan lekarz z helikoptera odwiózł nas do hotelu, w którym zatrzymała się reszta naszej ekipy. I w ten sposób spotkaliśmy się wszyscy znów. Szycu z Kowalskim załatwili transport nad jezioro Issyk-Kul przez Biszkek. Od razu poszliśmy na obiad, a potem na targ. Gdy mieliśmy już wszystko, czego potrzeba, mogliśmy wyruszyć na północ! Nasz kierowca Urmat postanowił spędzić z nami te 4 dni nad jeziorem. I dzięki niemu od tej pory Maciek stał się MaRćkiem.

11. SIELANKA NAD WODĄ

25-28 lipca: słodkie lenistwo nad jeziorem Issyk-Kul!
Zapytaliśmy kierowcę, czy zna jakiś tani nocleg w ładnym miejscu nad jeziorem, oczywiście znał. Zawiózł nas do swoich znajomych w miejscowości Kosz-Kol nad północno-zachodnim wybrzeżem jeziora Issyk-Kul. To był świetny pomysł, bo znów trafiliśmy do domu sympatycznych Kirgizów. Nocleg był bardzo tani, niedaleko plaża i sklep. Zamieszkaliśmy w dość przytulnych pokoikach, za gospodarstwem był sad owocowy. Rodzina ta sprzedawała przy drodze wędzone ryby i owoce, zresztą jak wszyscy w wiosce. Można było kupić u nich także świeże lepioszki. Jeździliśmy z Urmatem na plażę, kąpaliśmy się i odpoczywaliśmy tam do woli. Dołączył do nas kolega Urmata, równie wesoły Kirgiz o imieniu Tolaj, a w ostatni dzień koleżanka z gór Beata.

Jezioro Issyk-Kul zrobiło na nas wielkie wrażenie. Ogromne, otoczone górami Tien-szan, o turkusowej, ciepłej i słonawej wodzie, wydawało się być morzem a nie jeziorem. Jezioro Issyk-Kul jest położone na wysokości 1608 m n.p.m. Ze względu na wielką powierzchnię jest uznawane za drugie co do wielkości jezioro obszarów górskich świata (po jeziorze Titicaca).

28 lipca trzeba było wracać do Biszkeku i późną nocą wsiadać do samolotu. I znów trudno było uwierzyć, że to już koniec.

Autor tekstu: Martyna Ścigała-Dudek

Autorzy zdjęć: Martyna Ścigała-Dudek,
Sebastian Dudek,
Robert Rutko

Sponsorami wyprawy były firmy:
















Do góry