Wyprawa Peru 2007WYPRAWA PERU 2007

O wyprawie do PERU marzyliśmy już na od dawna. Dopiero w roku 2007 udało nam się tam dotrzeć. Przez dwa miesiące żyliśmy w zupełnie innym świecie…

1. Przygotowania

Na szczęście w roku 2007 obywatele Polski nie potrzebowali wiz na pobyt w Peru krótszy, niż 90 dni. Dużo czasu zajęło nam znalezienie taniego połączenia lotniczego z Limą, ostatecznie trasa wyglądała tak: Warszawa – Londyn – Meksyk – Lima. Musieliśmy zorganizować dużą sumę pieniędzy i odpowiednią ilość sprzętu wspinaczkowego na działalność w Andach. Mapy topograficzne okolic Machu Picchu dostaliśmy od przyjaciół z Krakowa (w skali 1:100 000), natomiast resztę mieliśmy zamiar kupić już na miejscu. Z jedzenia spakowaliśmy jedynie słodycze, parę posiłków liofilizowanych na atak szczytowy i jedzenie w proszku, jakby tamtejsze okazało się niedobre. Resztę bez problemu dokupiliśmy na miejscu, tak samo jak paliwo. Musieliśmy się ubezpieczyć i zaszczepić – zaleca się szczepionki przeciwko WZW typu A i B. Właściwie nie potrzeba ich więcej, jeśli nie wybiera się do dżungli.

2. Podróż przez Meksyk

PeruNasza przygoda zaczęła się w Warszawie, skąd polecieliśmy do Londynu i dalej do stolicy Meksyku. Spędziliśmy w Mexico City ponad dobę, czekając na samolot do Limy. Oczywiście od razu udaliśmy się na długi spacer po centrum miasta, które nas zachwyciło. Największą radość sprawiło nam włóczenie się między kolorowymi straganami w małych uliczkach i smakowanie miejscowych specjałów, przede wszystkim owoców. Od razu udzielił nam się pozytywny nastrój od Latynosów!

3. Lima i Panamericana

PeruDo stolicy Peru przylecieliśmy rano. Lima zrobiła na nas raczej niekorzystne wrażenie, gdyż jest to bardzo zaśmiecone miasto i ciągle zachmurzone o tej porze roku. W Peru właśnie trwała zima, która charakteryzuje się zachmurzeniem nad tą częścią wybrzeża i suchą, słoneczną pogodą w górach. Mieszkańcy Limy okazali się przyjaźni i pomocni i nie trzeba się było z nimi targować tak długo, jak np. z Rosjanami. Najbardziej zdziwiła nas postać Pana-Kantora, który był ubrany w kamizelkę z napisami $ oraz € i stemplował każdy banknot na znak, że na pewno jest oryginalny. Jednak głównym celem naszej wyprawy była działalność górska w Andach, najdłuższym łańcuchu górskim na Ziemi. Dlatego już po kilku godzinach od przylotu jechaliśmy legendarną Autostradą Panamerykańską na północ kraju. Widoki z tej trasy były niezapomniane, gdyż prowadzi ona zwykle albo stromym zboczem tuż nad wzburzonym Pacyfikiem albo wdziera się pomiędzy pustynię i małe miasteczka. Mijaliśmy plantacje bananów i całe pola suszonej, różnobarwnej papryki. Trzeba przyznać, że transport autobusowy jest w Peru doskonale rozwinięty i stosunkowo niedrogo (w porównaniu z warunkami polskimi) podróżuje się na dalekie odległości.

4. Huaraz i Yungay

PeruPóźną nocą, po 450 km podróży, przybyliśmy do Huaraz (3052 m n.p.m.), gdzie udało nam się załatwić nocleg w hostelu. Rano obudziło nas upragnione słońce i było zdecydowanie cieplej, niż w Limie. Dzień wykorzystaliśmy na regenerację naszych organizmów i uzupełnienie zapasów jedzenia i paliwa. W Huaraz po raz pierwszy byliśmy na wielkim targu ze wszystkim. Tam też po raz pierwszy piliśmy smakowitą i wzmacniającą herbatkę z liści koki. To bardzo ciekawe doświadczenie. Wieczorem na ulice wyjeżdżają stragany, gdzie Peruwianki parzą herbatę w garnkach i podają w szklankach. Przy każdym straganie smakuje inaczej, bo inaczej jest przyprawiana. Dolewają do niej różne syropy i miody, przyrządzają rzadką lub gęstą. W ciągu dnia na tych samych straganach serwuje się jedzenie i lody. Lody to za dużo powiedziane, bo zwykle jest to bryła lodu z wody niewiadomego pochodzenia, którą Peruwianki zeskrobują do kubeczka i polewają syropami. Przewodniki kategorycznie odradzają spożywanie takich wyrobów, co jednak nie powstrzymało naszego kolegi Mącziego. Herbatkę z liści koki piliśmy już do końca wyprawy, nawet wysoko w górach, bo ponoć pomaga w aklimatyzacji, a nam bardzo smakowała. Następnego dnia dotarliśmy busem do miasteczka Yungay (ok. 2500 m n.p.m.), które jest położone u stóp najwyższej góry Peru – Huascaran (6768 m n.p.m.). Yungay stało się naszą bazą wypadową w góry. Zamieszkaliśmy w malutkim hostelu, gdzie bardzo miły kierownik pozwalał nam zostawiać zbędne rzeczy przed każdą wycieczką. Warunki były surowe, na dachu zainstalowany był zbiornik z wodą i na ciepłą wodę z ogrzewacza przepływowego nie zawsze można było liczyć. Atmosfera w hostelu nam to wszystko wynagradzała. Szybko poznaliśmy to niewielkie miasteczko i bardzo je polubiliśmy. Traktowaliśmy je jak dom, do którego wraca się po każdej wyprawie w góry. Oczywiście od razu udaliśmy się na targ, gdzie można było kupić niemalże każde warzywo i owoc… wiele rodzajów ziemniaków, kukurydzy i bananów, ogromne awokado i ananasy, limonki, papaje, mango, wszelakie cytrusy, a wszystko to smakowało o niebo lepiej niż w Polsce. Tam po raz pierwszy zakupiliśmy liście koki, które początkowo wydawały nam się liśćmi laurowymi. Przebojem okazała się mała budka, gdzie Peruwianka o imieniu Nelly przyrządzała soki i koktajle ze świeżych pomarańczy, ananasów, papaji, bananów, marchewek, buraków i nawet bakłażanów. Największym rarytasem był poncz „Ponche con Maca” z bananów i papaji z dodatkiem ciemnego piwa, wina, skondensowanego mleka, czekolady, wanilii, miodu i cynamonu, który nawet chłopakom starczał za śniadanie. Ludzie w wiosce byli pogodni, przyjaźni i niezwykle bezpośredni – jeśli np. dziwił ich nasz kolor skóry czy włosów to po prostu zaczepiali nas, „sprawdzali” je ukradkiem i śmiali się w głos. To było bardzo zabawne. Generalnie na targu i na rynku mogliśmy przebywać większość dnia!

5. Pisco

PeruPrzez pierwszy miesiąc eksplorowaliśmy najwyżej położone tereny Peru – góry masywu Cordillera Blanca. Postanowiliśmy się zaaklimatyzować na szczycie Pisco (5752 m n.p.m.) w dolinie Llanganuco. Dolina jest bardzo malownicza i ogromne wrażenie robi widok szczytu Huascaran, zwłaszcza północnej ściany Huascaran Norte (6655 m n.p.m.). Widzieliśmy dokładnie przełęcz Garganta (6015 m n.p.m.) pomiędzy dwoma wierzchołkami Huascaran i drogę na szczyt wierzchołka południowego. 4 dni zajęło nam dojście pod szczyt, bo chcieliśmy się stopniowo przyzwyczajać do wysokości. Ciekawym doświadczeniem było przejście przez morenę lodowca, której brzegi są bardzo strome i niezwykle sypkie. Niemalże cała nasza ekipa zdobyła ten szczyt, mnie niestety nie było to dane - mój organizm nie zdążył się zaaklimatyzować. W nocy przed atakiem szczytowym zaczęłam odczuwać kłucie w płucach i ciężko mi było oddychać. Nie mogłam się zmusić do jedzenia, a wręcz je zwróciłam, czułam się słabo i po 5 minutach marszu wróciłam do obozu. Droga na szczyt Pisco jest miejscami dość ekscytująca, bo trzeba się trochę powspinać, a widok z góry jest piorunujący. Nigdy wcześniej nie byliśmy w tak wysokich górach, wszystko tam wydawało się ogromne. Jeszcze tego samego dnia, po powrocie szczęśliwych zdobywców, ja i Gacek znaleźliśmy się poniżej czoła lodowca. Oczywiście bardzo to pomogło mojemu organizmowi. W drodze powrotnej poznaliśmy bardzo śmiesznego Peruwiańczyka o imieniu Carlos, który od tamtej pory został naszym kierowcą. Był w stanie jechać wszędzie i zapakować do swojej Toyoty wszystkie nasze bagaże (6 ogromnych plecaków i 6 osób!).

6. Camposanto

PeruPo powrocie z gór odwiedziliśmy bardzo wzruszające miejsce – Camposanto. Jest to pozostałość po dawnym miasteczku Yungay, które zostało doszczętnie zniszczone przez ogromne osuwisko skalno-lodowe z północnego wierzchołka masywu Huascaran, spowodowane trzęsieniem ziemi 31 maja 1970 roku. Zginęło wówczas ok. 25000 ludzi, przeżyło niewielu. Mówi się o grupie dzieci, które w czasie kataklizmu przebywały na wzgórzu cmentarnym i tylko dzięki temu przeżyły. Po tym wydarzeniu rząd peruwiański zakazał ekshumacji zwłok, a cały ten teren uznano za cmentarz narodowy. Zachowały się palmy, rosnące na ówczesnym rynku, których kikuty sterczą ponad piękne ogrody założone współcześnie. Spacerując wśród nich mija się wiele grobów i krzyży, wrak autobusu, fragmenty ścian katedry. Aleja drzew prowadzi do niezwykłego „pomnika” – odtworzonej elewacji katedry, na szczycie której umieszczono autentyczną kopułę z krzyżem. Huascaran właśnie, a dokładnie jego południowy wierzchołek (6768 m n.p.m.) był głównym celem naszej wyprawy. Góra ta robi ogromne wrażenie z miasteczek położonych u jej podnóża – wyrasta ponad nimi na wysokość niemal 4300m!!! Gdy oglądaliśmy ją ze wzgórza Camposanto wydawało nam się, że jest olbrzymia i stroma, a jej zdobycie będzie bardzo trudne. Góra znajduje się na terenie Parku Narodowego Huascaran i stanowi najwyższy szczyt Peru i całej strefy międzyzwrotnikowej Ziemi.

7. Huascaran

Carlos jakimś cudem upchnął nas i nasze bagaże w Toyocie i zawiózł do Musho – bazy wypadowej na Huascaran. Tam musieliśmy kupić bilet wstępu do Parku Narodowego Huascaran, który miał ważność tylko 7 dni. Wydawało nam się niemożliwym zdobyć szczyt w tak krótkim czasie. W rzeczywistości zdobywanie tej góry zajęło nam 8 dni, co się niestety nie udało do końca. Tym razem nie było większych problemów z aklimatyzacją dla nikogo. W Musho po długich naradach zdecydowaliśmy się wziąć osiołki i konie na drogę do pierwszego noclegu w obawie, że nie starczy nam czasu. Potem już sami wnosiliśmy cały bagaż. Następnego dnia doszliśmy w okolice schroniska (4700 m n.p.m.), kolejnego pod czoło lodowca. Dzień później obóz założyliśmy na lodowcu na wysokości ok. 5200 m n.p.m. Piąty dzień wędrówki był bardzo ekscytujący, bo dopiero wtedy zaczęły się trudności. Musieliśmy pokonać wiele szczelin lodowcowych i stromych ścianek śnieżno-lodowych. Do przełęczy Garganta (ok. 6000 m n.p.m.) doszliśmy mocno zmęczeni. Dlatego też następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek. Siódmego dnia zdecydowaliśmy się uderzyć na szczyt. W nocy słyszeliśmy odgłosy burzy, która musiała przejść bardzo niedaleko masywu Huascaran, widoczność była bardzo słaba. Wszystko to znacznie opóźniło nasze wyjście, zamiast o 3 w nocy wyszliśmy z obozu przed 7 rano, gdy się już całkiem rozpogodziło. Zdecydowanie za późno!!! Podczas wejścia natrafiliśmy na dość trudny teren, gdzie asekuracja była niepewna. Poza tym na stromym odcinku nie było żadnych śladów prowadzących na szczyt i nie wiedzieliśmy, czy jest to właściwa droga. Już jakiś czas nie szła tędy żadna ekipa, a śnieg przysypał stare ślady. Dotarliśmy do wysokości ok. 6300 m n.p.m. Zdecydowaliśmy o odwrocie do obozu i całkowitym zejściu w dół, gdyż kończyły się nam zapasy jedzenia i dawała się we znaki wysokość. Z jednej strony byliśmy bardzo nieszczęśliwi z powodu porażki pod szczytem, z drugiej jednak zadowoleni, że udało nam się dojść tak wysoko i po drodze pokonać lodowiec i wszystkie jego straszne szczeliny. Nasze doświadczenia górskie z pewnością się wzbogaciły, a widoki na zawsze pozostaną w pamięci. Jednak do tej pory nie możemy sobie wybaczyć, że nie zostaliśmy na przełęczy dłużej i nie powtórzyliśmy ataku szczytowego kolejnej nocy. Na decyzje podejmowane na górze patrzy się na dole zupełnie inaczej… Ósmego dnia wieczorem byliśmy już z powrotem w Yungay. W ramach odpoczynku w następnych dniach wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasteczka Caraz, do Chancos na kąpiel w źródłach geotermalnych i do Huaraz po pamiątki i kolorowe peruwiańskie ubrania.

8. Alpamayo

PeruNadszedł czas na ostatnią wycieczkę w góry masywu Cordillera Blanca – znaleźliśmy się w dolinie Santa Cruz, która prowadzi do legendarnej góry Alpamayo (5947 m n.p.m.). Niestety w tej dolinie opuścił nas Gacek, który już musiał wracać do Polski. Alpamayo udało się zdobyć naszym dwóm najbardziej doświadczonym kolegom – Mącziemu i Pasierbowi. Nam pozostało podziwiać szczyt od jego południowej strony. Po powrocie do Yungay postanowiliśmy wybrać się na poszukiwanie fenomenalnej rośliny endemicznej Puya Raimondi. W tym celu wynajęliśmy taksówkę w góry Cordillera Negra. Było bardzo zabawnie, bo stanowisko tej rośliny mieliśmy zaznaczone na mapie w skali ok. 1:300 000. W rzeczywistości taksówkarz musiał z nami wyjechać z wysokości 2500 m n.p.m. na wysokość ok. 4000 m n.p.m. Gdy już mieliśmy wracać z powodu kończącego się paliwa nagle zauważyliśmy pojedyncze osobniki rośliny. Z bliska robiła niesamowite wrażenie, a widok na ośnieżone szczyty Cordillera Blanca był wspaniały.

9. Cusco i Machu Picchu

Drugi miesiąc naszej wyprawy postanowiliśmy spędzić na południu kraju. Peru to ogromny (prawie 1 300 000 km2 powierzchni) i bardzo różnorodny kraj. W Limie znaleźliśmy polską ambasadę i dzięki miłemu konsulowi udało nam się tam pozostawić cały wysokogórski sprzęt. Z Limy wyruszyliśmy autobusem do Cusco, uznawanego za światową stolicę archeologii. Zachwycił nas tam nocą widok głównego placu miasta - Plaza de Armas oraz pozostałości zabudowań inkaskich. Oczywiście odwiedziliśmy najsłynniejsze miasto Inków – Machu Picchu, do którego nie prowadzi bezpośrednio żadna droga, tylko kolej z Cusco. Postanowiliśmy dojść do niego trasą wiodącą od wioski Limatambo przez okoliczne góry i lasy, o której wcześniej opowiedzieli mi przyjaciele z Krakowa. Jest wiele podobnych tras trekingowych, ale wejście na nie możliwe jest tylko z przewodnikiem, za którego oczywiście trzeba dużo zapłacić. My nie musieliśmy płacić ani „fortuny” za przejazd koleją z Cusco, ani żadnemu przewodnikowi, a sama trasa była niezwykle ekscytująca. Po drodze mijaliśmy plantacje kawy i bananów, hodowlę alpak (kuzynek lam), przekraczaliśmy drewnianym mostem niezwykle głęboką i stromą dolinę rzeczną. Znaleźliśmy się w prawdziwej dżungli tyle, że na „bezpiecznej” wysokości ok. 2000 m n.p.m. A przede wszystkim nie spotkaliśmy żadnych ludzi, oprócz pasterza alpak, dwóch dzieci z obnośnym „sklepikiem”, od których kupiliśmy Coca-Colę i kilku innych autochtonów. Po 5 dniach dotarliśmy do mostu pod szczytem San Miguel nie wiedząc, że Machu Picchu znajduje się jakieś 200m ponad nami, w prostej linii niecały kilometr na wschód. Po kilku godzinach marszu wzdłuż torów kolejowych dotarliśmy późną nocą do Aguas Calientes, miasteczka położonego u stóp Machu Picchu. Przeżyliśmy też niesamowite wydarzenie. Dokładnie 15 sierpnia rozbiliśmy namioty w dolinie rzecznej i ok. 18:40 poczuliśmy wyraźnie dziwne „kołysanie się” podłoża. Trwało to może kilka minut. Dopiero po dotarciu do Aguas Calientes okazało się, że Peru nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 8,0 w skali Richtera… Nie mogliśmy uwierzyć w to, co widzieliśmy w telewizji, to był straszny dramat. W całym kraju organizowana była pomoc, trwało poszukiwanie ludzi, Autostrada Panamerykańska była zrujnowana w wielu miejscach. Najbardziej ucierpiały miasta Ica i Pisco, które zamierzaliśmy odwiedzić. W ostatniej chwili, zaledwie 6 dni wcześniej zadecydowaliśmy, że zwiedzanie południowej części Peru rozpoczniemy od Cusco… Od razu poinformowaliśmy o wszystkim nasze rodziny i ambasadę w Limie, którzy od 3 dni nie mieli żadnych wieści od nas.
Nadszedł dzień wycieczki na Machu Picchu. Miasto robi ogromne wrażenie oglądane z pobliskiego szczytu Wayna Picchu. Warto więc wcześniej kupić bilet wstępu i zapisać się na wejście na Wayna Picchu, bo dziennie może tam wejść tylko 400 osób. Oczywiście nie skorzystaliśmy z autobusu wwożącego pod bramy Machu Picchu, tylko doszliśmy tam ścieżką. Polecamy wybrać się tam jak najwcześniej (my byliśmy przed bramą już o 7 rano), wtedy jest najmniej ludzi. PeruByło pięknie, początkowo nad ruinami zalegały poranne mgły, ale potem opadły, ukazując całe miasto i szczyt Wayna Picchu.
Do Cusco zamierzaliśmy wracać początkowo wzdłuż torów kolejowych (Aguas Calientes znajduje się na 110 km linii kolejowej z Cusco) aż do 83 km, gdzie rozpoczyna się asfaltowa droga nr 101. Pierwszego dnia uszliśmy zaledwie 5 km i mieliśmy tej drogi dość. Drugiego dnia doszliśmy do stacji przy 94 km, gdzie cudem udało nam się „złapać stopa”. Dwaj przemili Peruwiańczycy zgodzili się podwieźć nas do 83 km drezyną (!), oczywiście w wielkiej tajemnicy. Tam już zaczynała się droga i kursowały busy do Cusco.

10. Puno i jezioro Titicaca

PeruZ Cusco pojechaliśmy do Puno, miasta położonego nad jeziorem Titicaca (3821 m n.p.m.). Titicaca to największe jezioro wysokogórskie na Ziemi i zarazem najwyżej położone jezioro żeglowne dla dużych statków. Zwiedziliśmy słynne „pływające wysepki” zwane Uros, zamieszkane przez Indian Uro. „Wyspy” budują Indianie, łącząc brykiety utworzone z wikliny. Dwa dni odpoczywaliśmy nad jeziorem Lago Umayo za miastem.

11. Arequipa i kanion Colca

PeruPotem znaleźliśmy się w Arequipie, słonecznym mieście położonym w otoczeniu gór Cordillera Volcanica. Miasto to zdecydowanie bardziej podobało nam się od Limy, jest czystsze i bardziej słoneczne o tej porze roku. Stare Miasto Arequipy jest piękne, budynki są zbudowane z jasnego kamienia, co zwłaszcza nocą wygląda wspaniale. Następnie dotarliśmy do miasteczka Cabanaconde (3287 m n.p.m.), położonego przy krawędzi drugiego pod względem głębokości kanionu na świecie – kanionu Colca. Postanowiliśmy zejść na dno tego niezwykle suchego kanionu o księżycowym krajobrazie, gdzie odpoczęliśmy w oazie Llahuar (2020 m n.p.m.).
Dwa dni później spędziliśmy noc przy punkcie widokowym Cruz Del Condor, gdzie rankiem podziwialiśmy wspaniałe andyjskie kondory. Codziennie dokładnie między 8 a 10 rano pojawiają się w tym miejscu.

12. Dolina wulkanów

PeruDolina Wulkanów była naszą ostatnią wycieczką. Była to całkowicie babska eskapada, chłopcy w tym czasie opalali się w Chivay. Z Arequipy pojechałyśmy autobusem do miasteczka Andagua, które jest położone w sercu Doliny Wulkanów. Podróż ta dostarczyła nam wielu wrażeń, zwłaszcza gdy wjeżdżaliśmy wysoko w góry. Zakręty były tak ostre, że kierowca musiał je pokonywać na dwa razy i cofał tak, że tył autobusu wisiał nad przepaścią… a siedziałyśmy na samym końcu! Wycieczkę zaczęłyśmy od „laguny” Chachas, potem maszerowałyśmy przez ogromne pole lawowe pełne skał wulkanicznych, podziwiając liczne stożki wulkaniczne i inne formy wulkaniczne. W dolinie jest ich kilkadziesiąt, nie wszystkie jednak mają regularne kształty i różnią się wielkością. Po noclegu wśród kaktusów na wzgórzu za miastem udałyśmy się na podbój jednego ze stożków. Zachwycały nas kaktusy, które rosły nawet między skałami i kwitły we wszystkich niemalże kolorach. Wieczorem trzeba już było wracać do Arequipy.

13. Powrót

Czas nieubłagalnie mijał i nasza wyprawa dobiegła końca. Z ciężkim sercem wróciliśmy do Limy, jadąc remontowaną Panamericaną. W Limie zostało trochę czasu na zwiedzanie miasta no i oczywiście plaży nad Pacyfikiem. Trzeba było wracać do Polski, do domu, niestety.

Autor tekstu: Martyna Ścigała-Dudek

Autorzy zdjęć: Katarzyna i Rafał Sztabińscy

Sponsorami wyprawy były firmy:







Do góry