Wyprawa Kamczatka 2004WYPRAWA KAMCZATKA 2004

Odległa kraina, będąca częścią Pacyficznego Ognistego Pierścienia, stała się w tym roku celem naszej wyprawy i ucieczki od cywilizacji. O tym górzystym, słabo zaludnionym półwyspie pełnym gorących źródeł, lasów, niesamowitych zwierząt i przede wszystkim WULKANÓW marzyliśmy od dawna...

1. PRZYGOTOWANIA

Konkretne przygotowania trwały od marca − przede wszystkim szukaliśmy sponsorów i gromadziliśmy informacje. Największy problem był z materiałami kartograficznymi − w Internecie dostępna jest tylko rosyjska mapa wojskowa w skali 1:1 000 000. Później pojawił się problem samego wjazdu do Rosji − od niedawna bowiem obowiązują wizy. Dosyć późno (dopiero w czerwcu) złożyliśmy podanie o wydanie wiz (w biurze Czajka w Krakowie) i kupiliśmy bilety lotnicze Moskwa − Pietropawłowsk Kamczacki (w biurze 5MS w Warszawie). To był bardzo zwariowany czas, mnóstwo załatwiania, a największym horrorem był dla nas dzień wyjazdu (13 lipca). Bilety lotnicze mieliśmy kupione na czwartek 15 lipca (odlot po 21:00), a jeszcze w poniedziałek naszych wiz nie było w biurze Czajka. We wtorek rano pojechaliśmy po nie do Krakowa. Z bijącymi sercami pojawiliśmy się w Czajce ok.15:00 i wizy były! Przyszły z nieocenionej Ambasady Rosyjskiej dokładnie w dniu naszego wyjazdu. Wróciliśmy do Częstochowy po 21, a jeszcze tej samej nocy mieliśmy pociąg Częstochowa − Terespol.

2. PODRÓŻ

Pociąg Częstochowa − Warszawa − Terespol, potem Terespol − Moskwa (Polonez). Już wcześniej w Częstochowie kupiliśmy bilety na ten drugi pociąg, nie chcieliśmy bowiem ryzykować spóźnienia się na samolot w Moskwie. Tańszą opcją niż Polonez jest podróż koleją białoruską z Brześcia do Moskwy, my jednak chcieliśmy mieć pewność, że będziemy na czas.Polski pociąg do Moskwy zaskoczył nas wyglądem. Największą jednak atrakcją była zmiana podwozia w Brześciu − w Rosji przecież kolej szerokotorowa. Akcja trwała ok. godzinę w wielkim hangarze i oczywiście nie można było robić zdjęć − czego my oczywiście nie przestrzegaliśmy. Pełni wrażeń i bardzo zmęczeni, szybko usnęliśmy. Około 9 rano czasu moskiewskiego obudził nas konduktor. Moskwa.

Wymiana waluty, szukanie polskiego kościoła, w którym mieliśmy załatwić sobie nocleg w czasie powrotu. Gacek był naszym tłumaczem, on najwięcej rozumiał z rosyjskiego. Kościół znajduje się na ulicy Małogruzińskiej, niedaleko Dworca Białoruskiego i Polskiej Ambasady. Zostawiając plecaki w kościele udaliśmy się na podbój stolicy Federacji Rosyjskiej. Wieczorem wróciliśmy po rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko Domodiedowo. Za podróż busem od metra aż pod samo lotnisko płaci się 20 rubli. Mieliśmy już mało czasu, a trzeba było jeszcze poważyć i spakować plecaki do wielkich worów, aby nic nam nie zginęło w czasie podroży. Polecamy ten patent − my mieliśmy lekkie worki materiałowe. No i wesoła akcja: każdy z nas mógł mieć tylko 30 kg plecak i bagaż podręczny do 5 kg. W nerwach (bo przecież mogli kogoś z nas cofnąć) zaczęliśmy wymieniać się bagażem i pakować po kieszeniach, co się dało. Środek lata, a my w polarach, kurtkach − zero ściemy, że mamy nadbagaż, ale udało nam się przejść kontrolę. Potem były zdjęcia przed samolotem linii Transaero, co oczywiście znów było zabronione. Usiedliśmy na swoich miejscach, przeszły panie z cukierkami i napojami, pokazali co robić podczas katastrofy i kazali wysiąść, bo ten samolot nie poleci. Było już po 22:00. Wpakowali nas do kolejnej maszyny − już około północy. Cała akcja się powtórzyła, ale tym razem odlecieliśmy. Kołowaliśmy nad oświetloną Moskwą i byliśmy wszyscy zachwyceni. Lot planowo trwa 9 godzin, więc jest się na Kamczatce ok.15. Różnica między Moskwą a Kamczatką wynosi 9 godzin.

3. ELIZOWO

Z powodu opóźnień wylądowaliśmy po 19:00. Na lotnisku doczepiła się do nas pani urzędniczka FSB wraz z dwoma żołnierzami żądająca adresu, na który będziemy zameldowani. Mamy obowiązek zameldować się na Kamczatce, inaczej mogą być problemy z władzą.

KamczatkaLotnisko znajduje się w Elizowie, nieopodal Pietropawłowska Kamczackiego. Z pomocą dwóch rybaków znaleźliśmy uprzejmych i bezinteresownych ludzi, u których mieliśmy założyć bazę wypadową. Rozbiliśmy namioty w ogródku za domem i poszliśmy na czaj do gospodarzy. Porozmawialiśmy o naszej wyprawie i ich życiu na Kamczatce. W domu była tylko babcia i jej dorosły syn, Sasza, reszta rodziny wyjechała do Moskwy. Poczęstowali nas chlebem i pozwolili korzystać z wody w domu, byli bardzo mili. Tu będzie nasza baza, stąd będziemy wyruszać na poszczególne wulkany.

4. PIETROPAWŁOWSK KAMCZACKI − STOLICA REGIONU

Z centrum Elizowa odjeżdżają co chwilę busy do Pietropawłowska (20 rubli od łba). Odnaleźliśmy Hotel Pietropawłowsk i biuro turystyczne, przez które chcieliśmy dokonać rejestracji. Proponowali nam jednak przewodnika za jedyne 50 $ za dzień, niezbędnego ponoć do zwiedzania najsłynniejszych wulkanów niebezpiecznych pod względem sejsmicznym. Wybraliśmy opcję zameldowania w recepcji hotelu, co kosztowało nas po 811 rubli na osobę (ok. 80 zł) na cały okres pobytu. Potem zwiedziliśmy pobieżnie miasto, poszukując map i paliwa (do samolotu nie można nam było wnieść gazu). Wszystko można dostać bez problemu.

5. PIERWSZE SPOTKANIE Z WULKANAMI − KORIACKI I AWACZYŃSKI

Rano zebraliśmy wszystkie potrzebne rzeczy, zostawiając resztę u gospodarzy. Na przystanku busów w centrum Elizowa żaden kierowca nie chciał nam pokazać drogi na wulkany, tylko zawieźć tam. Na upartego można by iść na nogach, ale to byłaby strata co najmniej połowy dnia − zdecydowaliśmy się jechać z nimi. Jak to zwykle w Rosji − negocjacje ceny − wytargowaliśmy 450 rubli za nas wszystkich. Pan zawiózł nas najdalej w tajgę, jak się dało i zostawił pośród popiołu wulkanicznego. Wszystko pod nogami było szare, ale niektórzy z nas byli zachwyceni − był to bowiem nasz pierwszy kontakt z prawdziwym materiałem wulkanicznym.

KamczatkaTego dnia chmury nadal zalegały nisko, nie widzieliśmy jeszcze zupełnie celu naszej podróży. Po 20 minutach marszu dziewczyny (i plecaki) złapały stopa. Spotkaliśmy się wszyscy w turbazie u stóp wulkanów, których nadal nie widziałyśmy z powodu chmur. Baza wyglądała strasznie (metalowe puszki jak domki, jakieś trakcje elektryczne), było tam niewielu ludzi. Wtem ukazał się widok wulkanu Awaczyńskiego − nasz pierwszy w życiu wulkan. Mało tego wulkan ten, jako nieliczny na Kamczatce, stale dymi. Piękny. Radość była ogromna, bo po chwili pojawił się również Koriacki. Postanowiliśmy podejść już za turbazę, rozbić tam namioty i z rana atakować.

Już po drodze chmury znów zasłoniły nam widok, niebawem zaczął się śnieg. Wybraliśmy niewielki popiołowo − skalny fragment terenu i ustawiliśmy obóz − to był nasz pierwszy nocleg pod wulkanami. Kiedy wybraliśmy się na rekonesans drogi, ponownie ukazał nam się Awaczyński i nawet kawałek Koriackiego, ale nie wzięliśmy wtedy ani jednego aparatu. A szkoda, bo wtedy widzieliśmy je po raz ostatni. Potem było wesoło, kąpiele w strumieniu itp. No i plan pobudki o 3 w nocy.

Wstaliśmy planowo, na szczęście nie padało, ale było pochmurno. Zostawiliśmy cały obóz w nadziei, że nic nam nie zginie, biorąc ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ubrani jak najbardziej przeciwdeszczowo wyruszyliśmy, a po niedługim czasie trzeba było założyć raki. Kierowaliśmy się do szerokiego kuluaru ograniczonego wałami skalno − popiołowymi. Właściwie od samego jego początku nachylenie wynosiło na pewno ponad 40 stopni − tak nam się wydawało, bo było bardzo stromo. Jeszcze ciemno na niebie, ale od śniegu całkiem jasno. Na początku szło się dobrze, ale po około godzinie zaczęły się problemy − jeszcze dobrze nie zdążyliśmy przestawić się na kamczacki czas, a już próbujemy wejść na 3,5 tysiąca metrów. Na dodatek zaczął padać śnieg z deszczem i po jakimś czasie byliśmy zupełnie przemoczeni. Około 11, po 6 godzinach podchodzenia tym stromym kuluarem i po burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy o odwrocie. Najgorsze było, że nie wiedzieliśmy, jak daleko do szczytu − w tych chmurach od rana kompletnie nic nie było widać, a mapa też niewiele nam mówiła − wszak była w skali 1:1 000 000. Wiedzieliśmy tylko, że będzie tam sporo poniżej zera stopni i to bez słońca i wiać będzie bardziej niż w tym żlebie. Zeszliśmy więc w dół, już nie dało się bardziej przemóc − padało solidnie samym deszczem. Po drodze było nam jednak bardzo wesoło, głównie z powodu widowiskowego zjazdu Lisa. Generalnie odnieśliśmy naszą pierwszą porażkę na tym wyjeździe. Ale to dopiero jego początek.

W namiotach stwierdziliśmy, że trzeba będzie wracać. Nie ma mowy o kolejnym ataku szczytowym, dopóki nie wysuszymy wszystkich rzeczy. Było to niemożliwe w obozowisku, bo nadal padało. Chłopcy poszli sprawdzić, czy jeden z domków widzianych wczoraj jest pusty i był. Zwinęliśmy się więc i poszliśmy w kierunku turbazy. W domku było kilka pomieszczeń, chociaż tylko jedno zdatne do mieszkania − ale za to z działającym piecem. Napaliliśmy w nim szybko drewnem z drugiej izby i rozwiesiliśmy wszystkie rzeczy, począwszy od butów, poprzez koszulki aż do banera - parowało niesamowicie. Za oknem zawierucha równa, byłoby nieprzyjemnie w namiotach. A tak wyspaliśmy się w suchym i ciepłym pomieszczeniu, wysuszyliśmy wszystko.

Poranek w chatce był bardzo ciepły. Pojawiła się nawet idea powrotu na Koriacki, ale pomysłodawca Adrian po rekonesansie pogody wpadł do chatki spowrotem tak szybko jak wypadł − na zewnątrz wiało niesamowicie i zacinał deszcz. Ale było cieplej. Ponieważ nie zapowiadało się na wypogodzenie postanowiliśmy wracać do Elizowa, aby jechać na kolejny wulkan. Znów szliśmy tą niekończącą się tajgą, ale ten sam teren wyglądał zupełnie inaczej − spływająca z wulkanów woda potworzyła rwące potoki zamulone popiołem, z których przekraczaniem było sporo zabawy. Dobrze, że temperatura nie wzrosła bardziej, bo musielibyśmy przedzierać się przez las. Skończyła nam się woda. Dopiero po paru godzinach dotarliśmy do drogi szutrowej, gdzie parę aut nas minęło, zanim zatrzymał się pan jakąś terenówką. Zawiózł nas pod znajomy PKS w Elizowie, załatwiając po drodze jakieś podejrzane interesy z nie mniej podejrzanym kolegą. Znów szczęście. Nasz powrót do znajomego gospodarstwa uwieńczony został pyszną kolacją − prawdziwymi kanapkami z pomidorem, a nie jakieś kus kusy. Gospodarze powiedzieli nam, że takiego brzydkiego lipca nie było już od dawna i że mamy pecha. Jeszcze tylko plany na jutro i noc.

6. WULKAN MUTNOWSKI

Rano znów przepakowanie rzeczy. No i wyruszyliśmy na poszukiwanie taniego busa, który by nas zawiózł najdalej jak się da w kierunku wulkanu Mutnowskiego. Wulkan ten leży na południe od Pietropawłowska, ale jeszcze przed połową tego dystansu kończy się droga asfaltowa. Dalej jeżdżą już tylko wielkie maszyny i wysoko zawieszone busy z pracującymi w elektrowni geotermalnej, zlokalizowanej u podnóża wulkanu. Nie jest on wysoki (tylko 2322 m npm), ale bardzo ciekawy geologicznie. Znów targowanie ceny, w końcu ruszyliśmy − zadowoleni z początku nowej przygody. Zgodnie z planem wysadzono nas za ostatnią mieściną i znów zostaliśmy sami w tajdze, tym razem na drodze szutrowej. Komary przeszkadzały nam bardzo, pozakładaliśmy więc moskitiery. I nic. Nic nie jechało przez jakiś czas, w końcu mignęło nam kilka aut. Oznaka ruchu, ale chyba nie trafiliśmy na zmianę w elektrowni. Wreszcie zatrzymała się nam potężna maszyna, wspaniały Ural, załadowaliśmy się na pakę i jazda. Co prawda niedaleka, ale niedługo po niej kolejne auto nas zabrało. A była to Toyota terenowa tak załadowana, że myśleliśmy, że kierowca tylko pogadać z nami chce, jak się zatrzymał. Jakoś się jednak powyginaliśmy i totalnie przytłoczeni dotarliśmy do campingu parę kilometrów za bazą turystyczną "Nadjeżdża". Kierowca poradził nam nocleg na tym campingu, zaczynało się bowiem ściemniać, a poza tym bardzo zachwalał to miejsce. Niedługo potem przekonaliśmy się o jego urokach.

KamczatkaSzefem bazy jest pan, któremu niestraszne żadne komary i który wziął w dwie ręce po plecaku, z którym ledwo wstawał każdy z nas. Spytał tylko, czy śpimy w domkach (a po co jak mamy namioty?) i czy będziemy łowić ryby (chłopaki chcieli) − i po chwili przyniósł nam cały kociołek wyfiletowanego, świeżo złowionego łososia. W bazie znajdował się basenik geotermalny, w którym woda miała jakieś 40° C. Nieopodal przepływał krystalicznie czysty strumień, obok którego wystawał z ziemi obklejony solą kran z gorącą jak w baseniku wodą. No i góry wulkaniczne dookoła: raj. Całą noc prawie spędziliśmy na wygrzewaniu się w baseniku i pieczeniu ryby na ognisku − nasze pierwsze ognisko na Kamczatce.

Po nocy pełnej wrażeń wstaliśmy dosyć późno i wraz z komarami z lasu udaliśmy się na stopa − mieliśmy jeszcze pokonać połowę trasy. Znów czuliśmy się dokładnie jak na końcu świata − ani jednej żywej duszy. Wreszcie pojawiło się auto z dwoma panami inżynierami (istnieją Rosjanie dobrze mówiący po angielsku), którzy zmierzali dokładnie do elektrowni − do pracy. Załadowali nasze plecaki na pakę, ściągnęli je taśmą w kupę, nam też kazali tam się ulokować, nie wychylać i jazda. Na początku byliśmy przeszczęśliwi − zabrano nas z tej bezludnej drogi od natrętnych komarów, wreszcie przyjemny chłodek jak to na pace. Po pół godziny już się tak nie śmialiśmy z radości, jakoś bardziej w kupie byliśmy. Po godzinie to już było przesadą, jak wjechaliśmy w tunel wydrążony w dwumetrowym firnie. Drastycznie zmieniło się otoczenie. Inżynierowie poszli do pracy, zostawiając nas pod bramą elektrowni. Miejsce to naprawdę robi wrażenie − dość sporych rozmiarów kompleks zabudowań, trakcji, a wszystko to dymi na dnie rozległej doliny. Zewsząd otoczony górami, więc na szczęście za najbliższą górką już tego nie widać. Wiedzieliśmy tylko tyle, że wulkan jest "gdzieś za tamtą górką" i tam poszliśmy.

Nieopodal znajduje się dolinka "gejzerów" − prawdziwa Dolina Gejzerów jest w Kronockim Parku Narodowym: 100 − 200 km na północ od Pietropawłowska. Dolinka usłana jest gliną i kruchymi skałami we wszystkich kolorach świata − od czerwieni i żółci aż do niebieskości i pstrej zieleni. Pełno było dymiących dziur, błotnych źródełek i mazi dziwacznej. Na szczęście byliśmy wyposażeni w nieocenione maski z filtrami przeciwko siarkowodorowi (od firmy Maskpol z Panek koło Częstochowy). Dzięki nim przebywaliśmy w zaczadzonej dolince dosyć długo i nikomu nic się nie stało od stężenia tych oparów. Po powrocie do namiotów spotkaliśmy niespodziewanie grupkę Polaków. Zaproponowali nam nocleg w ich obozie parę kilometrów dalej. Okazało się, że jest to ekipa przewodników beskidzkich z Warszawy (pozdrawiamy!), którzy niedługo wracają do Polski. Długo w nocy siedzieliśmy z nimi przy ognisku, a oni opowiadali nam swoje przygody, dali nam tez wiele cennych rad. Niebo było nadal pochmurne.

Wcześnie rano obudził nas deszcz bombardujący namioty i dlatego wyruszyliśmy dopiero południem. Nie ma na kamczackich wulkanach żadnych oznaczeń, szlaków, co według nas jeszcze bardziej uatrakcyjnia ten teren. Jak zwykle trzeba było się kierować intuicją (no bo nie mapą 1:000 000), czasem widać było ślady Polaków z akcji poprzedniego dnia. Brnęliśmy więc w śniegu czasem po kolana ze dwie godziny, aż zaczęło się konkretniejsze podchodzenie po niesamowitych dla nas skałach w bajecznych kolorach. Doszliśmy do bardziej płaskiego miejsca pokrytego szarym popiołem, z pomiędzy którego wystawały przeróżnego kształtu utwory siarkowe. Czysta siarka, towarzysząca zjawiskom wulkanicznym, pięknie się tu wytrącała. Znów wszystko dymiło. Zupełnie księżycowy charakter, otoczenie skrajnie inne, dotąd nie spotkane przez nas. Chodziliśmy pomiędzy różnej wielkości otworami solfatarów zachwyceni. Krater wulkanu był nieopodal, trzeba było jeszcze podejść dość stromy i kruchy odcinek. Kiedy już znaleźliśmy się na wierzchołku zobaczyliśmy właściwie nic, bo wnętrze krateru wypełnione było mgłą i chmurami. Efekt końca świata − pośród mgieł i oparów siarkowodoru doszliśmy do stromej krawędzi, za którą ziemia się nam skończyła. Posiedzieliśmy jakiś czas w tej niezwykłej scenerii, a z powodu pogody zrezygnowaliśmy z wycieczki do pozostałych kraterów rozległego Mutnowskiego. Prowadzi do nich ścieżka wewnątrz pierwszego z nich. Była to dla nas świetna wycieczka, a przede wszystkim nasz pierwszy zdobyty wulkan. Zdecydowaliśmy wszyscy, że jeśli następnego dnia będzie ładna pogoda, uderzymy na Mutnowski raz jeszcze, aby zobaczyć więcej.

Czekanie na ładną pogodę było bezskuteczne: obudził i uśpił nas deszcz. Prawie cały dzień lało − było zatem jeszcze gorzej niż wczoraj. A my byliśmy wściekli. Nudziło nam się bardzo, na kolejny dzień zaplanowaliśmy atak ostateczny albo zupełny powrót.

Kolejnego dnia straciliśmy nadzieję na ładną pogodę na Kamczatce w ogóle. Zeszliśmy na dół, pod elektrownię, na stopa. Czekaliśmy parę godzin. Nawet wyszło słońce, ale nad masywem Mutnowskiego nadal wisiały chmury. W pewnym momencie zatrzymały się dwa terenowe auta, a słońce zaczęło grzać coraz bardziej, im dalej byliśmy. Wysadzili nas przy znajomej bazie Nadjeżdża, gdzie po chwili zatrzymało się kolejne auto − rodzice z dwójką chłopców. Podwieźli nas prosto pod autobus w najbliższym miasteczku Paratunka. Kosztował zaledwie 10 rubli, ale jechał ponad godzinę − po wszystkich okolicznych wsiach. Tymczasem całkowicie odsłoniły się wulkany Koriacki i Awaczyński − co to był za widok. Po raz pierwszy ukazały się nam w całości, a przecież był to już dziewiąty dzień na Kamczatce. Znów wizyta w gospodarstwie w Elizowie i nowe opowieści. Dobra kolacja i spacer nad rzeką, ponad którą królowały dwa wulkany.

7. PIETROPAWŁOWSK KAMCZACKI

Nastał dzień przygotowań do gwoździa programu − wycieczki na Kluczewską Sopkę. Znów zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy do centrum Elizowa. Po rozmowach z Polakami postanowiliśmy zmienić termin wylotu z Kamczatki, aby uniknąć sporych, ich zdaniem, problemów. Wiza miałaby się nam skończyć chyba na dzień przed wylotem, w Moskwie bylibyśmy więc nielegalnie. Chłopaki bez problemu załatwili tą sprawę na lotnisku − tylko że trzeba było zapłacić ok. 350 rubli od osoby.

Pojechaliśmy do Pietropawłowska. Najpierw kupiliśmy bilety na autobus do Esso (są dwa na dobę − ok. 9 i 12 rano). W Centrum Planeta dopadliśmy Internet. Polacy spod Mutnowskiego dali nam adres taniej kwatery i tak zamieszkaliśmy w bloku na Kamczatce. Kwatera była obleśna − cuchnęło stęchlizną, okna były zabite (i tak otworzyliśmy), a wszystkie sprzęty były jakieś dziwne. Ale była ciepła woda (od dwóch tygodni pierwsza), telefon, dużo miejsca, a nawet telewizor. Zapłaciliśmy za całą dobę 1000 rubli za 5 osób. Przez tą noc wykapaliśmy się wszyscy, popraliśmy rzeczy. Całe mieszkanie, okna i farelka były obwieszone sznurkami, zaimpregnowaliśmy dokładnie buty. Posłaliśmy jednego sms−a z numerem telefonu kwatery i dzwonili do nas po kolei niemalże wszyscy rodzice.

8. ESSO

Następnego dnia autobus do Esso. Po drodze nieoczekiwana chyba tylko dla nas zmiana koła. Udało się wydostać zapas spod naszych bagaży, ale też niezdatny do użytku. Cała akcja trwała 1,5 godziny, a dętkę do koła pożyczył nam przejeżdżający autobus. Do celu dojechaliśmy po 23. Spaliśmy w dziwnych drewnianych domkach miejscowej opieki społecznej. Esso to małe miasteczko, z którego zwykle rusza się w rejon Kluczewskiem Sopki. W jego centrum znajduje się ogólnodostępny basen geotermalny. Wielka atrakcja dla miejscowych i dla nas oczywiście.

KamczatkaKolejnego dnia planowaliśmy dojechać pod grupę Kluczewskiej Sopki. Niestety nie było w domu znajomego nam od Polaków porządnego busiarza − utknęliśmy w Esso. Poszliśmy więc do muzeum etnograficznego poświęconego Koriakom − rdzennej ludności Kamczatki, żyjącej obecnie w Autonomicznym Okręgu na północy. Muzeum jest niewielkie, ale pełne okazów, zdjęć i makiet. Skorzystaliśmy z okazji poprzebierania się. Przewodnik nauczył nas nawet tańca koriackiego i dziwnego chrząkania, które miało być akompaniamentem. Zwiedziliśmy też rekonstrukcję domu Koriaków. Potem znów basen. Spotkaliśmy kolejnych Polaków i po przygodach z autochtonami powróciliśmy do domków.

9. GRUPA KLUCZEWSKIEJ SOPKI

Kluczewska Sopka teoretycznie leży na terenie zamkniętym dla jakiegokolwiek ruchu turystycznego bez przewodników oferowanych przez biura turystyczne. Wejść można z dwóch stron − od strony Kozyriewska lub od strony Kluczi. Przebywanie w tym drugim mieście może skończyć się przesłuchaniami na milicji, gdyż leży ono w pasie przybrzeżnym, również zamkniętym dla turystów. Trzeba pamiętać, iż Kamczatka to region strategiczny dla Rosjan, otwarty na świat dopiero od lat 90.

Pobudka o 5 rano, bo o 6 odjazd z panem busiarzem − powiedział, że wjedzie w las tak daleko, jak tylko się da. Przeprawa promem przez rzekę Kamczatkę. O godzinie 9 nie dało się jechać dalej − wysiedliśmy w środku lasu około 200 m npm (pan miał prowizoryczny altymetr). Zapłaciliśmy mu w sumie 5500 rubli za całą podróż w obie strony, oczywiście z targowaniem się. Drugą połowę obiecaliśmy po powrocie do Esso i umówiliśmy się z nim na drodze w tajdze za 11 dni. Nie było też problemu, żeby kupił nam bilety powrotne na autobus do Elizowa.

Tymczasem w lesie było ciemno od komarów. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej plagi. Założyliśmy polary i moskitiery, grube skarpety naciągnęliśmy na spodnie, dłonie wysmarowaliśmy preparatem Off i w drogę. Warto dodać, że temperatura powietrza wynosiła jakieś 30°C i nie było wiatru − ale nie dało się inaczej. Przez las cały czas szliśmy drogą, którą jest w stanie przejechać tylko Ural − zarośnięta, pozwalane drzewa, głębokie koleiny. Minęliśmy charakterystyczne miejsce zwane Kopytem, lało się z nas strumieniami, a załatwienie potrzeb fizjologicznych graniczyło z cudem. A iść trzeba było, bo w tajdze tej nie było żadnej wody, a nasze zapasy szybko się skończyły. Było strasznie, ale wreszcie wyszliśmy z lasu. Komary poleciały za nami, ale znaleźliśmy wodę i tam postawiliśmy obóz. Tego dnia Rafał miał urodziny, więc wieczorem zaczęliśmy świętowanie (z kwiatkami, prezentami, i tortem − makaron z sosem i jedną świeczką). Impreza się udała. A poza tym wyłonił się przed nami widok na wulkany − Kluczewską Sopkę, Kamień i Tołbaczik. Zrobiło to na nas wielkie wrażenie.

Niekończąca się opowieść następnego dnia − po horyzont zielone pagórki poprzecinane płynącymi w dolinkach rzeczkami. Początkowo prowadzi przez nie ścieżka, która po jakichś 2 godzinach marszu zanika. Rano szliśmy zupełnie "na sucho", ponieważ woda płynąca wczoraj koło obozu zniknęła (nie wytapiała się z zamarzniętego w nocy śniegu − warto pamiętać o zapasach na rano). Potem dotarliśmy do jeziorka, co prawda to woda stojąca, ale pić się chce, a mieliśmy przecież tabletki do uzdatniania wody. Szkoda, że dopiero po wypiciu doczytaliśmy, że działają po 15 minutach od momentu rozpuszczenia.

Widoczność mieliśmy zerową, trudno było wyznaczyć poprawny kierunek marszu. Wszędzie pełno wulkanicznych skał zastygniętych w rozmaite kształty. Błądziliśmy, a mieliśmy dotrzeć do czoła lodowca Bogdanowicza, którego w żaden sposób nie mogliśmy się dopatrzeć. Wieczorem okazało się, że widoczny był już od dawna, ale swoją ciemną barwą doskonale kamuflował się w otoczeniu.

Obóz rozbiliśmy 50 m od moreny czołowej lodowca, tuż nad rzeką wytapiającą się z przykrytego żwirem lodu. Rzeka płynęła silnym nurtem żłobiąc w skale nisze, zakola, liczne wodospadziki i małe jeziorka. Prawie wcale nie było już komarów. Jak zwykle przed nocą zza chmur wyłoniły się wulkany, byliśmy może 10 km od Kluczewskiej Sopki. Piękny był to widok.

KamczatkaNazajutrz wyszliśmy późno, bo trzeba było ukryć gdzieś niepotrzebne rzeczy − jedzenia zabraliśmy tylko na 4 dni, tylko dwa namioty. Nie mieliśmy żadnych obaw co do tego, że ktoś mógłby nam je zabrać, bo nikogo tam nie było. Trudno było jednak znaleźć miejsce charakterystyczne, łatwe potem do rozpoznania. No i droga przez lodowiec Bogdanowicza − góra, dół, góra, dół i tak przez cały dzień. Nadłożyliśmy nieco drogi, bo zamiast iść w górę lewą stroną lodowca po żwirowo−lodowych grzbietach moreny bocznej (gdzie nawet można się było dopatrzeć śladów ludzkich stóp), poszliśmy jego środkiem. Pogoda zepsuła się, najpierw deszcz, a im wyżej byliśmy − śnieg. Lodowiec żyje własnym życiem. Co jakiś czas słychać było osypujący się materiał skalny, pękający lód, szum rzek subglacjalnych. Wśród szarego pyłu i żwiru co jakiś czas widać było niebieskie i turkusowe jeziorka. Podłoże było tam mało stabilne.

Naszym celem było plateau (około 2700 m npm) pomiędzy wulkanami. Wiedzieliśmy, że należy ominąć lodowiec spływający z przełęczy pomiędzy Kluczewską a Kamieniem od lewej strony. Gdy się wypłaszczyło wydedukowaliśmy, że jesteśmy na miejscu. Nadal bowiem nie było widać nic wśród chmur. Jeszcze tylko trzeba było znaleźć odpowiednie miejsce na obóz, wykopać platformy pod namioty (a śnieg był bardzo zmrożony), i można było wypocząć. Tego wieczoru ukazał się nam jeden z najpiękniejszych widoków na tej wyprawie: Kluczewska i Kamień w całej swej okazałości, szczyty oświetlone zachodzącym słońcem, a podstawy skąpane już w mroku. Wspaniałe.

Kolejnego dnia zdecydowanie polepszyła się pogoda. Widoki z tej wysokości były niesamowite − wreszcie zobaczyliśmy całą okolicę i wulkan Tołbaczik (w jego kraterze znajduje się jezioro kraterowe). Czekała nas tylko kilku godzinna droga na przełęcz pomiędzy Kluczewską Sopką a Kamieniem. Zatoczyliśmy szeroki łuk lewą stroną plateau aż do podstawy Kluczewskiej i stamtąd prosto na przełęcz. Niebezpiecznie było pójść wprost przed siebie na skróty z powodu szczelin lodowcowych, które były dokładnie na środku. Po drodze musieliśmy przeskoczyć parę lodowych koryt, w których rwącym nurtem płynęła lodowata woda. Potem żmudne podchodzenie po zmrożonym śniegu i wreszcie przełęcz około 3500 m npm. Na przełęczy chmury podeszły do góry, zniknęły nam z pola widzenia wszelkie wulkany i zaczęło okropnie wiać. Temperatura powietrza było sporo poniżej zera. Postanowiliśmy wcześnie pójść spać, żeby wyjść na szczyt już o północy, jeśli warunki pogodowe byłyby dobre − a może wschód słońca na Kluczewskiej?

Pierwsza pobudka − północ − wieje, ciemno, mglisto, chmurno. Decyzja − śpimy dalej. Druga pobudka − 4:00 − dalej noc, dalej wieje, dalej chmurno i mglisto. Decyzja − śpimy dalej. Trzecia pobudka − 7:45 − już nie noc − już nie wieje, dalej chmurno, dalej mglisto. Decyzja − atak szczytowy! Czas wyjścia − 10:00 − mogło być lepiej.

Poubierani we wszystko, co mieliśmy ze sobą, z czekanami przytroczonymi do plecaków, kijkami w rękach, rakami na butach, termosami z herbatą i dwoma czekoladami ruszyliśmy do górę. Nigdzie nie napotkaliśmy kopczyków z chorągiewkami, które podobno gdzieś tu miały być. Szliśmy do góry po zmrożonym śniegu zakosami, bo nachylenie na pewno dochodziło do 45°. Było dość ślisko, raki okazały się niezbędne, czekany raczej nie. Powoli wyszliśmy ponad chmury, wyłonił się Kamień − dopiero teraz niesamowity widok! Zaczęły się drobne problemy z wysokością (zawroty głowy, ogólne otępienie − niedostatek tlenu), ale nie dla wszystkich na szczęście. I dalej do góry, tym razem po śniegu i żwirze, gdyż ciepło krateru całkowicie wytapia śnieg przed szczytem. Spotkaliśmy tam grupę Czechów, którzy doszli tylko do granicy śniegu i bali się iść dalej. My nie.

Wszyscy byliśmy już zmęczeni i brakowało sił, co trzy kroki odpoczynek. Szliśmy jednak powoli już po samym żwirze − nogi się rozjeżdżały i grunt uciekał. Byle na krawędź krateru. Zdziwiliśmy się, bo ten dymek widziany z dołu to wielki dym, przesłaniający widok do środka krateru. Wreszcie upragniony szczyt! 4850 m nad oceanem. Najwyższy czynny wulkan Eurazji zdobyty! Jest bardzo zimno, ale grzejemy ręce w ciepłym niezwykle żwirze (patent Gacka), przeszczęśliwi. Widoki z dachu tego półwyspu zapierają dech, jest przepięknie. Kilka zdjęć i trzeba było schodzić. W dół już znacznie prościej, bo śnieg zdążył się nieco rozmrozić i nawet zapadaliśmy się w nim czasem. Pogoda znów się zepsuła bardzo szybko, śnieżyca i wiatr.

Najważniejsze, że pogoda dopisała nam podczas wejścia i na szczycie − opłaca się wychodzić wcześnie rano, wiadomo. Nasz sukces uczciliśmy kuskusem. Zatem: do góry szliśmy 5 godzin, a w dół 3.

Po mroźnej nocy nastał dzień powrotu. Okazało się, że namioty przymarzły do podłoża − trzeba było je czekanami odrywać, śledzie też. A więc czekany się przydały. Potem w dół, jak zwykle pogoda się zepsuła − mgła i śnieżyca. Dotarliśmy do plateau i każdy miał inną koncepcję dalszej drogi. Cudem chyba trafiliśmy do naszego obozu, a potem dalej w dół, śnieg sypał nadal. W miejscach, gdzie jeszcze dwa dni temu było szaro, leżała teraz kilkucentymetrowa warstwa śniegu. Tym razem poszliśmy moreną boczną lodowca Bogdanowicza (prawą stroną patrząc od plateau). Było znacznie szybciej i prościej − ten wariant polecamy.

Dotarliśmy do obozu u czoła lodowca. Zaczęło się suszenie mokrych rzeczy, a namioty stanęły do góry nogami. Rzeka lodowcowa tak rwąca parę dni temu była teraz tylko małym strumyczkiem. Pojawił się jeszcze jeden problem: zostało nam bardzo mało paliwa do kuchenek. Trzeba było rozpalić ognisko, nie bardzo jednak było z czego. Rosły tam karłowate wierzby wielkości krzaczków poziomek, częściowo zdrewniałe. Na nich gotowaliśmy przez następne dni.

Następny dzień poświęciliśmy na suszenie rzeczy i ucztę z tego, co pozostawiliśmy w skałach. Padał deszcz. Dzień później również. Rzeka u czoła lodowca zniknęła zupełnie. Dopiero wieczorem na skutek podwyższenia temperatury powietrza z wielkim hukiem nagle popłynęła znów − pojawiła się dosłownie na naszych oczach. To było niesamowite. Postanowiliśmy przenieść obóz w kierunku wulkanu Tołbaczik, wtedy jeszcze planowaliśmy go zdobyć i zobaczyć to jezioro kraterowe. Niewiele uszliśmy, bo się ściemniło. Obóz nasz stanął tuż naprzeciwko innego słynnego wulkanu Grupy Kluczewskiem Sopki − Bezimiennego.

Nazajutrz po przejściu kilku rzek lodowcowych, w których nogi odpadały z zimna i trudno było utrzymać równowagę, bo nurt był silny i słychać było przenoszone przez wodę głazy, zaczęła się burzliwa dyskusja. Padło pytanie, czy wycieczka w kierunku Tołbaczika ma sens. Zdania były podzielone. Z jednej strony targała nami chęć zobaczenia czegoś jeszcze, z drugiej zaś zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że jeśli woda wzbierze jeszcze bardziej, możemy nie wrócić do tajgi na czas. Widzieliśmy przecież doskonale, jak szybko zmieniają się warunki hydrologiczne na skutek zmian temperatury powietrza. Czas okazał się priorytetem, bo samolot do domu mieliśmy na określony dzień, a spóźnić się na niego nie mogliśmy. No i kończyła się wiza, a z władzami rosyjskimi zadzierać nie chcieliśmy. Wszyscy zdegustowani sytuacją, w milczeniu udaliśmy się w miejsce naszego nowego obozu.

Kolejny dzień w tym samym miejscu z widokiem na Tołbaczik, który odtąd był tematem tabu. Chłopaki chodzili na buldery, zbieraliśmy ciekawsze okazy otoczaków skalnych w korytach rzek, skończył się kus kus, zostały same kaszki, no i na dodatek czasem padał deszcz. Było nam bardzo smutno.

Zbliżał się umówiony z panem busiarzem dzień powrotu do Esso. Pogoda była piękna, nad wulkanami tworzyły się bardzo ciekawe chmury w kształcie soczewek − czapy na szczytach. Wyszliśmy w drogę powrotną w towarzystwie dwóch brykających lisów. Szliśmy potokami lawy, tym razem jednak zajęło nam to dużo mniej czasu − znaliśmy już drogę. Po drodze spotkaliśmy wulkanologów z Pietropawłowska, którzy szli w kierunku Bezimiennego. Ten aktywny wulkan, dający o sobie znać co kilka lat, w tym czasie bardzo intensywnie dymił. Obóz rozbiliśmy nad znajomym jeziorkiem, które w tamtą stronę uratowało nam życie, nawet zażyliśmy kąpieli.

Na jutro zostało nam już tylko po kaszce mleczno − ryżowej na dwie osoby. I powrót przez tajgę, znów wśród tysiąca komarów. Gdy schodziliśmy minął nas Ural wiozący na górę wycieczkę i przeszło nam przez myśl, że będzie tędy wracał. Szliśmy dalej w wielkim upale i w końcu po kilku godzinach nadjechał całkiem pusty i chętny, żeby zabrać nas na dół. To była dla nas wielka ulga i atrakcja zarazem. Pana busiarza spotkaliśmy po drodze, już na nas czekał. Zaczynaliśmy umierać z głodu, a w głowach mieliśmy wizję kanapek z pomidorem. Marzeniem jest takie jedzenie po długim czasie jedzenia tylko kaszek i sosów z proszku. Dojechaliśmy do Esso, rzuciliśmy się do sklepu i przez cały wieczór nad basenem geotermalnym jedliśmy, ale nie dla wszystkich ta wyżerka skończyła się szczęśliwie. Całą piękną noc imprezowaliśmy w basenie i delektowaliśmy się ostatnimi chwilami pobytu na Kamczatce.

10. POWRÓT

Autobus odjeżdżał o 9 rano. Tym razem miał luk bagażowy, zapakowaliśmy więc nasze plecaki do naszych worków materiałowych, żeby się nie zakurzyły na tych kamczackich drogach. Aby tradycji stało się zadość, po drodze autobus się zepsuł. Dojechaliśmy do małego miasteczka gdzie wysadzili nas przed sklepem i pojechali gdzieś nikomu nic nie wyjaśniając. Wrócili dopiero po 3 godzinach − od mechanika. Najciekawsze jest to, że oprócz nas chyba nikt nie był zdziwiony zaistniałą sytuacją − czyżby było to na porządku dziennym? Do Elizowa dojechaliśmy koło godziny 18, przywitaliśmy się z gospodarzami i znów rozbiliśmy namioty w ogródku.

Nazajutrz o 18:15 już mieliśmy samolot do Moskwy. Ostatni raz pojechaliśmy do Pietropawłowska Kamczackiego po pamiątki i wino dla gospodarzy w podzięce za gościnę.

9 godzinny lot oczywiście się opóźnił, wystartowaliśmy po 21 i około 21 również wylądowaliśmy w Moskwie (niezwykła doba). Z powodu tego opóźnienia nie skorzystaliśmy z noclegu w polskim kościele, bo już wszyscy w parafii dawno spali. Trawę jednak mają tam wygodną.

Rano obudziła nas ekipa sprzątająca ulice. Zakupiliśmy chleb i bilety na pociąg Moskwa − Brześć. Zostawiliśmy rzeczy w kościele i znów poszliśmy na podbój Moskwy. Po drodze na Plac Czerwony milicja sprawdzała, czy legalnie przebywamy w Moskwie. Nie mając zameldowania można przebywać w Rosji przez trzy dni, ale trzeba mieć ważny bilet. Przejrzeli wszystkie nasze dokumenty i puścili nas. Kupiliśmy koszulki, odwiedziliśmy Muzeum Puszkina i trzeba było wracać na pociąg. Poznaliśmy w nim ekipę Białorusinów i wieczór był wesoły.

Rano obudziła nas pani prowadnica sprzątająca podłogi. Wesoło nadal, bo nie tylko można sobie wykupić w tym pociągu pościel, ale ludzie przebierają się w piżamy do spania, rano zakładają szlafroczki i chodzą w chapciach. Dopiero jak przychodzi odpowiednia pora to się ubierają.

Brześć. Jeszcze dobrze nie wysiedliśmy z pociągu a już stała koło nas tzw. Mrówka − Białorusinka z propozycją małego interesu, oczywiście legalnego. Bardzo łatwo można w ten sposób zarobić na pociąg do Terespola. Była godzina 12, a pociąg odjeżdżał o 16:50. Poszliśmy więc do baru mlecznego koło dworca (za dolara kupi się tam spory obiad). Gdy nadszedł czas, dostaliśmy każdy swoją siateczkę (dresik, adidasy, flaszeczkę, wagonik papierosów) plus jeszcze po paczce papierosów do kieszeni ("jak zabiorą to trudno") i poszliśmy wężykiem za panią na odprawę. Wrażenie było niesamowite, kiedy przechodziliśmy za panią bez kolejki przez kolejne bramki, pani tylko na palcach pokazywała 5 (osób). Do odprawy paszportowej pierwszy poszedł Gacek, w jego paszporcie schowane było pięć dolarów, które pani celniczka schowała sobie pod biurko. Tak dotarliśmy po pół godzinie do Terespola, jeszcze tylko spotkanie z panią Mrówką w przejściu podziemnym, przekazanie towaru i POLSKA!

Jeszcze tylko pociąg do Warszawy, tam 3 godziny na dworcu i podróż do Częstochowy, gdzie o 4 nad ranem 14 sierpnia czekali na nas stęsknieni bliscy. Dom.

Autorzy tekstu: Katarzyna Klein-Sztabińska,
Martyna Ścigała-Dudek

Sponsorami wyprawy były firmy:










Czesław Gorzelak - Cukiernia Boja

Promed s.c.

FHU Tomaszek

Do góry