Wyprawa Grossglockner 2010 r.WYPRAWA GROSSGLOCKNER 2010

Od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się, jakby zakończyć rok 2010… Może jakaś wyprawa, skoro jest kilka dni wolnego?






Pojawił się pomysł wyjazdu w Alpy, pierwszy raz zimą. Postanowiliśmy zmierzyć się z najwyższym szczytem Austrii – górą Grossglockner (3798 m n.p.m.). Jest to szczyt położony w Wysokich Taurach, we Wschodnim Tyrolu. Jego piękny kształt przypomina piramidę. Ma dwa wierzchołki – Grossglockner i Kleinglockner, rozdzielone przełęczą Glocknerscharte.

Było nas czworo, sprawdzona na wielu wyprawach ekipa – Sebastian (Gacek), Martyna (Lis), Kasia (Zebra) i Rafał (Robaczek). Przed wyjazdem okazało się, że na tą górę wybiera się również kilku naszych znajomych z Częstochowy.

Spakowaliśmy wszystkie niezbędne rzeczy i wyruszyliśmy z Częstochowy w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Rankiem 26 grudnia dotarliśmy do Kals am Grossglockner. Szkoda, że nie mogliśmy pojechać słynną drogą Großglocknerstraße, która w czasie zimy jest zamknięta. Wjechaliśmy na parking pod hotelem Luknerhaus na wysokości 1920 m n.p.m., gdzie bez opłat zostawiliśmy auta. Tego ranka z powodu dużego zachmurzenia zobaczyliśmy tylko zarys Grossglocknera. Było straszliwie zimno, termometr w aucie pokazywał -30°C, ale Rafi pocieszał, że on zaniża o 5°C…

Po śniadaniu i skompletowaniu ekwipunku wyruszyliśmy. Śniegu było tak dużo, że już przy aucie założyliśmy na skorupy nasze nowe rakiety śnieżne, które mogliśmy zakupić dzięki pomocy naszych Sponsorów (za co bardzo serdecznie dziękujemy !!!). Już po kilku metrach drogi okazało się, że rakiety są najlepszym rozwiązaniem na takie warunki w górach. Szło się nam zdecydowanie lepiej, niż naszym znajomym, którzy rakiet nie posiadali. Zarówno po płaskim terenie, jak i pod górkę, nawet mocno nachyloną – z ciężkimi plecakami zapadaliśmy się w świeżym śniegu tylko nieznacznie, nie traciliśmy sił na wygrzebywanie się z zasp. Dość szybko, bo po około dwóch godzinach, dotarliśmy pod nieczynne schronisko Lucknerhütte na wysokości 2241 m n.p.m. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej. Naszym celem było dotrzeć do schroniska Stüdlhütte na wysokości 2800 m n.p.m., które znajduje się na grani, na południowy-zachód od szczytu. Wydawało nam się, że idąc tamtędy ominiemy trudności moreny czołowej lodowca Ködnitzkees. Teren stawał się coraz bardziej nachylony i w pewnym momencie musieliśmy zamienić rakiety na raki, a kijki na czekany. Doszliśmy najprawdopodobniej do wysokości ok. 2700 m n.p.m. Postanowiliśmy zawrócić, ponieważ teren był już bardzo stromy i wydawało nam się, że zboczyliśmy z trasy. Dysponowaliśmy mapą w skali 1:25000, ale ścieżki na niej zaznaczone zimą nie są zbytnio widoczne…

Rozbiliśmy namioty na wysokości około 2600 m n.p.m. Noc była bardzo mroźna, ale na niebie było widać chyba wszystkie gwiazdy! Zapowiadała się zatem piękna pogoda następnego dnia.

I rzeczywiście taka była – od rana było bezchmurne niebo i doskonała przejrzystość powietrza. Z miejsca naszego obozu zobaczyliśmy wreszcie wyraźnie partie szczytowe Grossglocknera. Tego dnia znów bardzo nam się przydały rakiety śnieżne, bez nich na pewno nie przemieszczalibyśmy się tak szybko i sprawnie. Kilka godzin przemierzaliśmy wzniesienia moreny czołowej lodowca, których już nie dało się inaczej obejść. Kierowaliśmy się ku jego wschodniej części. Doszliśmy do wysokości 3006 m n.p.m. aż pod grań Blaue Köpfe, która prowadzi do schroniska Erzherzog Johann Hütte (3454 m n.p.m.). Dzień się kończył, więc postanowiliśmy tam rozbić kolejny obóz. Dopiero w tym miejscu Grossglockner ukazał nam się w całości i zrobił na nas olbrzymie wrażenie !!! Góra wyglądała pięknie w takiej zimowej odsłonie.

Wiedzieliśmy już, że dojście do schroniska Erzherzog Johann Hütte zajmie w tych warunkach cały kolejny dzień. Mieliśmy maksymalnie 5 dni na całą akcję górską, więc jasnym się stało, że uda nam się dojść wyżej tylko przy dobrej pogodzie. Zdecydowaliśmy, że jeśli pogoda będzie sprzyjająca, następnego dnia spróbujemy dojść do „EJH”, potem kolejnego na szczyt i potem zostanie jeden dzień na powrót. Powstała też propozycja, żeby spróbować dojść jak najwyżej, zostawiając obóz rozbity i powracając do niego na noc. Niestety zaczęły się zbierać wysokie chmury, co zazwyczaj zwiastuje pogorszenie pogody. Noc była naprawdę pełna wrażeń, bo co jakiś czas niezwykle silne podmuchy wiatru uderzały w nasze namioty i było przerażająco głośno z tego powodu.

Rankiem wiatr się wcale nie uspokoił, a niebo było niemalże całkowicie zachmurzone i widoczność zdecydowanie się pogorszyła. Wyobrażaliśmy sobie, jak musiało wiać na grani… Marzenie o szczycie niestety umarło wtedy. Opcja pozostawienia obozu i wyjścia jak najwyżej też odpadła, bo musielibyśmy przecież wziąć ze sobą kijki i czekany, które trzymały odciągi namiotów w podłożu. Inaczej by odfrunęły gdzieś w Alpy. Długo zwlekaliśmy z odwrotem, ale pogoda się nie zmieniała. Zdecydowaliśmy się zwijać obóz i schodzić w dół. Bardzo żałowaliśmy, że nie mieliśmy czasu na przeczekanie złej pogody. Tyle, że nigdy nie wiadomo, jak długo zła pogoda będzie trwać. Z drugiej strony dobrze się stało, że nie byliśmy wówczas w okolicach grani, bo odwrót w takich warunkach byłby bardzo niebezpieczny.

Tego dnia zeszliśmy aż do hotelu Lucknerhaus, czyli prawie 1100 m w pionie. Po drodze minęliśmy kilka małych, świeżych lawinisk. Niebo chwilami się przecierało, ale pogoda do końca dnia była kiepska. Na szczęście im niżej byliśmy, tym mniej wiało. Te kilka dni zmęczyło nas i postanowiliśmy spędzić noc w hotelu Lucknerhaus, podleczyć przeziębienie. Był to najdroższy nocleg w naszym życiu (28€ za osobę), ale jak miło było zaznać ciepłej wody, położyć się w normalnym łóżku i rano pójść na pyszne śniadanie. Hotel Lucknerhaus jest bardzo komfortowy i przytulny. Jest tam piękna jadalnia, z której normalnie jest wspaniały widok na Grossglocknera. My na próżno go wypatrywaliśmy, bo kolejnego dnia pogoda nadal była kiepska. To nam troszkę osładzało gorycz faktu, że nie zdobyliśmy szczytu.

Marzenie o wejściu na Grossglockner pozostawiamy na przyszłość, ale cieszą nas kolejne doświadczenia zdobyte w górach zimą. Tak trudno nam było opuszczać piękną Austrię…
W ramach pocieszenia pojechaliśmy do Bawarii, aby podziwiać XIX-wieczne zamki Neuschwanstein i Hohenschwangau. Górzysta trasa od Kals am Grossglockner do Schwangau jest przepiękna. To kolejne niezapomniane przeżycie godne polecenia każdemu!

Autor tekstu: Martyna Ścigała-Dudek

Autorzy zdjęć: Martyna Ścigała-Dudek,
Sebastian Dudek.

Sponsorami wyprawy były firmy:










Do góry