Wyprawa MtBlanc 2006WYPRAWA MtBlanc 2006

Alpy to rozległe góry o wielu zaletach. Przede wszystkim są położone stosunkowo niedaleko Polski, dlatego koszty wyprawy można ograniczyć do minimum. Są to góry odmienne od polskich głównie ze względu na wysokość n.p.m. i lodowcowy krajobraz. Zdecydowaliśmy się na próbę zdobycia najwyższego szczytu Alp – Mont Blanc, uważanego przez wielu za dach Europy.


Pomysł wyjazdu pojawił się podczas spotkania towarzyskiego. Była nas czwórka – Iwona, Martyna (Lis), Sebastian (Gacek) i Robert (Kluskogłowy). Mieliśmy niewiele czasu i pieniędzy ale ogromne chęci. Początkowo zastanawialiśmy się nad wyprawą w Bieszczady, Tatry lub Sudety, gdy nagle Gacek zaproponował Alpy. Decyzja zapadła po skontaktowaniu się z naszym stałym sponsorem – firmą Deltim właścicielem marki X–Lander. W ciągu 3 dni załatwiliśmy wszelkie niezbędne formalności, skompletowaliśmy sprzęt i zakupiliśmy jedzenie na ok. 2 tygodnie. W podróż wyruszyliśmy wieczorem 13 lipca autem Renią (Renault 21). Po męczącej jeździe przez Polskę i Niemcy dotarliśmy do Francji i kolejnego wieczoru przez przypadek odkryliśmy wspaniałe jezioro (Lac de Vouglans na północ od miasta Oyonnax). Odpoczęliśmy tam solidnie. Następnego dnia po południu dotarliśmy do Chamonix, które zawsze robi na Polakach wielkie wrażenie spływającymi z gór lodowcami. Dzień był pochmurny ale my byliśmy zachwyceni. W informacji turystycznej w centrum miasta dowiedzieliśmy się, że pogoda ma się poprawić i wzięliśmy pomocne ulotki. W dobrym nastroju założyliśmy pierwszy obóz tuż za cmentarzem i ustaliliśmy szczegóły dotyczące dalszej trasy. Zależało nam na ambitnym wejściu z dala od ludzi i turystycznej trasy prowadzącej z Les Houches. Zdecydowaliśmy się wyjść spod cmentarza w Chamonix aż do schroniska (Chalet du Plan de l’Aiguille), potem dojść do starej stacji kolejki na Aiguille du Midi i dalej przez lodowiec Glacier des Bossons aż do schroniska Refuge les Grands Mullets.

Rankiem 16 lipca wyruszyliśmy spod cmentarza. Dzień był upalny, a plecaki bardzo ciężkie. Tego dnia jeszcze niestety mijaliśmy turystów, schodzących ze schroniska Charlet du Plan de l’Aiguille. Nasz drugi obóz rozbiliśmy niedaleko schroniska już ponad lasem i był to ostatni nocleg na alpejskiej łące.

Następnego dnia dotarliśmy do pośredniej stacji kolejki na Aiguille du Midi. Potem przechodziliśmy przez pierwszy lodowiec (Glacier des Relerins) pokryty skałami i doszliśmy do nieczynnej stacji kolejki na Aiguille du Midi. Dzięki wskazówkom dwóch słowackich alpinistów spaliśmy w ciepłym pomieszczeniu stacji.

AlpyKolejny dzień zapowiadał się według nas dość łatwą trasą przez Glacier des Bossons do schroniska Refuge les Grands Mullets na wysokości 3051 m n.p.m. Słowacy twierdzili, że przejście zajmie nam ok. 6 godzin. Tego dnia wstaliśmy przed wschodem słońca i wcześnie wyruszyliśmy. Tuż przed lodowcem spotkaliśmy 3 innych alpinistów i początkowo szliśmy ich śladami. Po jakimś czasie zagubiliśmy się w lodowym labiryncie i długo szukaliśmy właściwej drogi. W końcu udało nam się przejść lodowiec i po łańcuchach podejść do schroniska. Ku naszemu zdziwieniu schron był całkiem pusty. Odpoczęliśmy tam cały kolejny dzień i zaplanowaliśmy dalszą trasę. Zdecydowaliśmy się iść granią, co znów wydawało nam się dość łatwe.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Podejście tą granią w kilku miejscach było trudne ze względu na duże nachylenie i twardy lód. Poza tym nieśliśmy na plecach cały nasz dobytek. Granią tą doszliśmy do szczytu Col du Dome 4200 m n.p.m. Byliśmy już tak wysoko, ale potraktowaliśmy to jako aklimatyzację. Zeszliśmy do schroniska Refuge du Gouter 3817 m n.p.m. i na grani tuż ponad nim rozbiliśmy namioty. I tak skończyła się nasza samotnia, gdyż do tego miejsca dochodzą również ludzie idący od Les Houches. Spod tego schroniska zwykle startuje się na szczyt Mont Blanc. Było już późno.

Kolejny dzień postanowiliśmy poświęcić na regenerację sił i suszenie przemoczonych butów, co okazało się słuszną decyzją. Po południu nagle rozpętała się krótka burza, która była tragiczna w skutkach dla jednego turysty nieopodal naszych namiotów. Nie byliśmy w stanie wyjść na szczyt jeszcze tej samej nocy. Od poznanych Duńczyków dowiedzieliśmy się, że kolejnego dnia ma być "99% ryzyko słońca".

Alpy23 lipca ok. 3 nad ranem wyruszyliśmy na szczyt Mont Blanc. Było bezchmurnie, ale zimno i wiał silny wiatr. Na szczyt podążaliśmy za sznurem czołówek, co jest normalne o tej porze roku na tej trasie. Mijaliśmy wielu ludzi, którzy z powodu złej aklimatyzacji mieli problemy z wejściem, niektórzy zawracali do namiotów. Nam szło się całkiem dobrze, choć pod koniec trzeba było częściej odpoczywać. Tuż po godzinie 9 stanęliśmy na upragnionym szczycie (4807 m n.p.m.). Pogoda była wyśmienita – widoczność bardzo dobra, wiatr ucichł, słońce świeciło, ale nadal było zimno. Na szczycie spędziliśmy ok. pół godziny, gdzie oczywiście robiliśmy zdjęcia z banerem. Widoki w tym miejscu są wspaniałe!!!

AlpyPo zejściu do obozu zjedliśmy obiad, spakowaliśmy się i ok. godziny 15 wyruszyliśmy w kierunku Les Houches. Po drodze góry przypomniały nam o respekcie, jaki należy odczuwać względem nich, gdyż sukcesem nie jest tylko zdobycie szczytu, lecz szczęśliwe zejście z niego. Byliśmy świadkami lawiny błotno–kamienistej w kuluarze zwanym Rolling Stones (tuż poniżej łańcuchów prowadzących do schroniska Refuge du Gouter). Cudem nie znaleźliśmy się w centrum tego wydarzenia. Po takich wrażeniach chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w zielonym lesie. Jeszcze tej samej nocy spaliśmy koło drewnianego domku w lesie – to była nasza ostatnia noc w górach. Następnego dnia dotarliśmy do Reni i rozpoczęliśmy podróż powrotną przez Szwajcarię do Polski. Towarzyszyło nam słodkie poczucie kolejnego spełnionego marzenia ...

Autor tekstu: Martyna Ścigała-Dudek

Sponsorem wyprawy była firma:

Do góry